Przypadki ksenofobicznych zachowań wobec Chińczyków, związane z zakażeniami nowym koronawirusem, odnotowano przede wszystkim w Azji, ale również poza nią: w Europie i Australii - informują światowe media. Obywatele Chin na Sri Lance opisują, że trudno im jest o taksówkę, a ludzie na ich widok często zakrywają twarze.

Jolajna Jola, Jola sobie trzej Japoni:Jaksy,Jaksy Draksy,Jaksy Draksy sobie trzy Japonki:Dżipka,Dżipka Tripka,Dżipka Tripka i oni się pobrali:Jaksy z Dżipką,Jaksy Draksy z Dżipka Tripką,Jaksy Draksy Droni z Dżipką Tripką i oni mieli dzieci:Jaksy z Dżipką mieli Toni,Jaksy Draksy z Dżipka Tripką mieli Fudżi Toni,Jaksy Draksy Droni z Dżipką Tripką Rampamponi mieli Fudżi Fudżi Toni. Było sobie trzech Chińczyków:Jaksa,Jaksa Draksa,Jaksa Draksa sobie trzy Chinki:Cypka,Cypka Drypka,Cypka Drypka i oni się pobrali:Jaksa z Cypką,Jaksa Draksa z Cypką Drypką,Jaksa Draksa Droni z Cypką Drypką i oni mieli dzieci:Jaksa z Cypką Szacha,Jaksa Draksa z Cypką Drypką Szachszaracha,Jaksa Draksa Droni z Cypką Drypką Lampamponi Szachszaracha Karzeł kopnął Karola. Kulawy Karol kopnął Karła i kolorował Karła kolorem kopniaka. Karolina, która kochała Karola, kopnęła kolorowego Karła. Karzeł, kopnął kochającą Karola Karolinę. Karolina krępowała Karola, który kopnął kolorowego Karła. Kolorowy Karzeł, którego kopnęła Karolina kierował komunistycznym krajem karów. Komunistyczny kraj kolorował karłów kolorem krwawiącym. Karolina, która kopnęła Karła krwawiła. Krwawiąca Karolina kopnęła kolejno kulejącego Karola i Karła i kulejąc krwawiąco kochała kolosalnie kojąco Karola. Spirytusinek najwydestylowaniuchniejszy. Szedł Herbst z pstrągami i słuchał oszczerstw z wstrętem patrząc w przestrzeń przez szczelinę w Sasza suchą szosą, bo gdy susza szosa sucha. Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego. Stół z powyłamywanymi nogami. Czarna krowa w kropki bordo żuła trawę kręcąc się z rozentuzjazmowanego tłumu. Idzie Jerzy koło wieży i nie wierzy, że na wieży siedzi Jerzy. Wyrewolwerowany rewolwer.
Randki kobieta chiny. Co zaraz napiszemy może znaleźć chinki nie potrzebujesz żadnego członkostwa, tylko nielicznym np. Usługa tłumaczenia, co zaraz napiszemy może niespodziewanie wygasnąć. Przeważnie mężczyźni lubią swoich marzeń nigdy nie są dość znane z chińczykiem. Ich urodą przyciąga wielu mężczyzn do małżeństwa
Powracam do cyklu religie świata. Trochę mi to zajęło, ale lepiej późno niż wcale. :) Dzisiaj podzielę się z wami moją wiedzą odnośnie wierzeń, które mnie bardzo inspirują, a będą to wierzenia chińskie. Ze względu na długość, postanowiłam podzielić wpis na dwie części. Na drugą zapraszam już nie długo. Osoby zainteresowane buddyzmem, taoizmem i konfucjanizmem muszą niestety poczekać na osobne wpisy, ten jest bowiem poświęcony wierzeniom pierwotnym starożytnych Chińczyków. Niemniej jednak trudno jest oddzielić te wszystkie systemy filozoficzno-religijne, także o tych trzech systemach też pokrótce wspomnę. Chiny to fascynujący kraj, obszar trzydziestokrotnie większy od powierzchni Polski, który zamieszkuje prawie 2 miliardy ludzi, co stanowi to niemalże ¼ całej światowej populacji. Kraj o takim obszarze i z taką liczbą mieszkańców, nie może charakteryzować się ujednoliconym systemem wierzeń. Trudno byłoby również narzucić jedną religię tak olbrzymiej społeczności. Oczywiście na początku swego istnienia, państwo chińskie nie posiadało tak dużego terytorium jak w chwili obecnej, również liczba ludności była znacznie mniejsza. Każda prowincja miała swoje tradycje, praktyki religijne czy język. Niemniej jednak kultura chińska jest zwykle uogólniana, znana z rozbudowanej astrologii, konfucjanizmu, taoizmu, buddyzmu, hucznego Nowego Roku, który obchodzony jest na przełomie stycznia i lutego. Buddyzm Konfucjanizm Taoizm Chiny to kraj, który jako jeden z niewielu, posiada stare kroniki odnotowujące historię kraju od początku jego istnienia. Nie może się pochwalić tak starymi pismami jak chociażby Egipt, ale plasuje się na zdecydowanie wyższym miejscu niż np. Polska (jeśli chodzi o rozwój państwowości, języka, pisma czy myśli filozoficznej). Ilość kronik oraz bardzo bogata kultura powinna ułatwić badaczom religii zgłębianie wiedzy na temat pierwotnych wierzeń Chińczyków. Jednakże olbrzymi obszar tego kraju, znacznie utrudnia opis wierzeń pierwotnych. Początkowo poszukiwałam inspiracji w mitologii, ta jednak jest ściśle powiązana z taoizmem oraz przede wszystkim buddyzmem. Mówiąc o wierzeniach w Chinach, trudno jest pominąć kwestię tych trzech najważniejszych religii. Dlaczego? Otóż w kulturze chińskiej stanowią one w zasadzie jedną całość, co świetnie oddają przysłowia chińskie takie jak: „trzy religie w istocie jedną religią” „tak jak kwiat lotosu, jego liście i owocnia wyrastają ze wspólnego korzenia, tak samo trzy wielkie religie wywodzą się z tego samego źródła”. W pewnych momentach w historii Chin, to taoizm był religią narodową, z drugiej strony naukowcy zaznaczają, że konfucjanizm odegrał najważniejszą rolę w życiu Chińczyków. Jak to wygląda obecnie? Jeśli urodzi się dziecko, to ”wyświęcają je” kapłani taoistyczni, obrzędy ślubne odbywają się zgodnie z regułami konfucjanizmu, a pogrzeby buddyzmu. Oczywiście jednym z głównych problemów tych trzech wierzeń jest dokładne określenie ich istoty bycia religią (ale o tym kolejnym razem). Pomimo tego, że Chińczycy faktycznie prowadzili dość staranne kroniki, ograniczone one był tylko do terenów zajętych przez ówczesne władze, natomiast na terenach mniej ważnych, a które obecnie należą do terytorium Chin, nie spisywano wydarzeń i tradycji, wierzeń, kultury. W niektórych przypadkach można się tylko domyślać, że wyglądało to tak, jak w samym centrum kraju. Trudno jest więc dokładnie określić wierzenia poszczególnych prowincji. Podejście Chińczyków do religii znacznie różni się od tego, które mają Polacy. Chińczycy okazują się być znacznie bardziej praktycznym narodem, który nie przywiązuje wagi do ortodoksji religijnej. Nie bierze wszystkiego co podają mu na tacy, lecz po prostu adaptują te kwestie, które wydają się odpowiednie i sprzyjają moralności. Nie przejmowali się zagadnieniami dogmatycznymi i teologicznymi. Liczyła się tylko tak zwana efektywność etyczna, czyli np. dobro rodziny, społeczeństwa i państwa. W związku z tym możliwe jest w Chinach jednoczesne istnienie kilku religii oraz ateizmu. I tak np. z danych z 2008 roku wynika, że ponad 50% społeczeństwa to ateiści lub agnostycy. W chwili obecnej trzy najważniejsze religie (filozofie) przemieszały się, w wyniku czego w Kraju Środka zapanował chaos synkretyczny, zawierający również elementy od dawna obecne w wierzeniach chińczyków. Jakie? od zawsze świat, czyli człowiek i przyroda stanowią jedną całość; brak wymiar nadprzyrodzonego; wszelkie duchy i bóstwa mają charakter immanentny, czyli nieodzownie związany z naturą; w świecie działają dwie siły energetyczne dodatni Jang i ujemny Ing. Czyli dwa przeciwstawne elementy równocześnie stanowiące całość. Jang – niebo, mężczyzna, aktywność, dominacja, twardość, czystość, jasność In – ziemia, kobieta, bierność, uległość i wiele innych. Już w 8 stuleciu czyli zanim wykształcił się taoizm czy konfucjanizm, walka tych dwóch pierwiastków uważana była za źródło wszelkich zmian na świecie. Wiara w Jang i In bardzo wpłynęła na życie Chińczyków, od zarania dziejów wierzą oni, że ich ruchy i zmiany wynikają ze sprzeczności, że wszystkie działania, zmiany prowadzą do równowagi. Należy więc unikać przesady, zachować umiar i cierpliwość. Skoro jesteśmy przy In i Jang, należy poruszyć kolejną ważna kwestię, a w zasadzie dzieło, czyli Yijing – Księgę przemian. Dla Chińczyków jest czymś więcej niż Iliadą dla Greków, jest w zasadzie jak Biblia dla Chrześcijan. Yijing – to najstarsza księga mądrości Chińczyków. Do dziś stanowi swego rodzaju przewodnik w życiu codziennym, służy jako księga wróżbiarska, księga porad. Jest głównym odniesieniem i wyznacznikiem podejścia do życia i moralności Chińczyków niezależnie od wiary czy przekonań. Księga ta, jest również podstawą dla taoizmu i konfucjanizmu. Księga była i jest używana do wróżb, które w starożytnych Chinach pełniły wyjątkową rolę przy sprawowaniu władzy, organizowaniu ceremonii, wypraw wojennych itd. W Chinach nie było nigdy Boga samego w sobie, jednakże w przedhistorycznych Chinach miało istnieć pojęcie Boga osobowego - Pana na Wysokości, czyli Szang Ti - co oznaczało wolę ogółu duchów zmarłych przodków, a pojęcie to było według źródeł popularne przed XI wiekiem Szang Di czy Ti był nie tylko Bogiem, ale również założycielem dynastii Szang, królowie tej dynastii byli równocześnie szamanami, którzy posiadali szczególną władzę magiczną. Inne źródła podają natomiast, że Szang Di to wszyscy przodkowie władcy. Porozumiewali się oni ze światem duchów, a taniec i różnego rodzaju praktyki wróżbiarskie służyły królowi do sondowania woli przodków, pytania kierowano zwłaszcza do założyciela dynastii a zarazem Boga. Natomiast w późniejszym okresie, gdy władzę przejęła kolejna dynastia, pojęcie to uległo zmianie, a ten sposób powstał nieosobowy Bóg – Tien co oznacza niebo, który panował nad porządkiem świata, a z woli nieba panował Cesarz, który był jego synem. Ten swoisty kult nieba rozpowszechniony był na całym terytorium Chin jak również w chińskich prowincjach. Oczywiście nie należy kojarzyć Nieba z nieboskłonem samym w sobie, Bóg był bezosobowy, był materią, którą jakoś próbowano wytłumaczyć. Jednakże w początkowych latach panowania nowej dynastii, stara władza i ich wierzenia nadal miały swoich zwolenników, w związku z tym jak zaznacza Federico Avanzini w książce „Religie Chin”, utrzymanie jednocześnie dwóch różnych przekonań było nie możliwe, dlatego utożsamiana Szang Ti z Tien. Władca był synem niema czyli Tien Zi i jego prawowitym reprezentantem na ziemi. Ale pozyskanie władzy nie było tak oczywiste. Równie szybko można było stracić ten tytuł, co go zyskać. Działo się tak, gdy na przykład władca był niegodny. W wyniku takich zasad, władza królewska nie była dziedziczona, a funkcję szamana przejął – fangshi, który od tej pory odpowiadał za wróżby i egzorcyzmy. Innymi bóstwami czczonymi niegdyś w Chinach, obok nieba oczywiście było słońce, księżyc i gwiazdy. Kolejne bóstwo to sama ziemia, góry, rzeki, gleba i ziarno, jak również wszystkie zjawiska typu powodzie, susze, trzęsienia ziemi. Kolejne bóstwa to wiatr i deszcz, ciepło i zimno, pioruny i błyskawice, cztery pory roku i cztery strony świata. Również należało czcić bóstwo „domu, a w zasadzie pięć jego elementów, czyli bramę, drzwi, mur, ognisko domowe czy dziedziniec. Chiński znak na niebo Obok kultu nieba dużą rolę odgrywały praktyki animistyczne, w zwierzętach, roślinach, rzekach, górach i innych zjawiskach czy rzeczach dostrzegano siły duchowe, które należało przekupić ofiarami lub zabezpieczyć się przed nimi magią oczywiście. Najpopularniejszym kultem obecnym w Chinach był kult smoka, który jest bóstwem i symbolem szczęścia. Z drugiej strony obawiano się złowieszczych lisów. Które według legend potrafiły zmienić się w człowieka i mogły wyrządzić ludziom wiele szkód. Wiara w złą naturę lisa ukazuje nam jak bardzo Chińczycy wierzyli w zabobony i przesądy. Jak wcześniej wspomniałam w pewnych zjawiskach lub zwierzętach widziano złe duchy przeciwko którym stosowano magię. Oprócz zaklęć czy przekupienia ducha stosowano pewien kręty zabieg. Linia prosta miała ułatwić duchom dojście, dlatego też budowano kręte drogi, a dachy domów wyginano na krajach. W ten sposób istota charakterystycznych chińskich dachów została wyjaśniona. Równie popularne były amulety, które do dziś towarzyszą Chińczykom. Wieszają je na drzwiach domów, aby duchy nie mogły się do nich przedostać. Duchy obecne we wszystkim co żyje, czy duchy przodków musiały być uzupełniane przez demony, czyli te duchy, które należało przekupić lub ich unikać. Demony istniały lokalnie lub na terenie całego kraju, analizując kulturę i tradycję innych krajów Azji, szczególnie Azji Południowo-Wschodniej możemy zauważyć ich przekazy ustne i liczne tradycje, opowiadania pełne są różnego rodzaju duchów prześladujących ludzi, lub takich, które im pomagają. Talizman ze znakiem na miłość Talizman z monet Wiara w duchy nieodzownie łączy się z kultem przodków czyli manizmem. Animizm popularny był wśród prostej ludności, natomiast manizm przeważał w śród bogatszych rodów, które przywiązywały dużą wagę do kultu przodków budując między innymi charakterystyczne chińskie świątynie przydomowe. Oczywiście ludzie biedniejsi również oddawali cześć swoim przodkom, ograniczając się jednak tylko i wyłącznie do małych ołtarzyków w domu. Chińczycy poświęcali dużą uwagę na cześć składaną przodkom, liczne nabożeństwa wykonywane zwykle przez przywódców rodów, naczelników gmin, prowincji czy samego cesarza. Takie nabożeństwa nie było wykonywane przez kapłana, ponieważ w Chinach nigdy nie wykształcił się stan kapłański. Oczywiście zmarłym oddawano nie tylko cześć, pełnili oni bardzo ważną rolę, w życiu codziennym. Np. przed podjęciem ważnej decyzji należało skonsultować się z duchami przodków. Pomimo tego, że animizm i manizm czyli wiara w duchy jest podstawą wierzeń chińskich, sama koncepcja duszy nieśmiertelnej i zmartwychwstania ciała była w Chinach nieznana. Życie pozagrobowe jest niejako trwaniem zmarłego w dwojaki sposób. Może to być rozwój biologiczny jego potomstwa czy też pamięć żyjących pokoleń. Czyli człowiek umiera cały, przestaje istnieć, a za razem ciągle żyje w genach i pamięci przodków.
nych organizacji korzystne było utrzymanie jak najdłużej brytyjskiego panowania w tej części Chin. Anglicy gwarantowali spokój, porządek (a nawet kryminaliści lubią porządek, jeśli tylko wiedzą jak poruszać się w jego ramach) i rosnący dobrobyt. W porównaniu z chaosem kontynentalnych Chin, Hong Kong był rajem.

Download Free PDFDownload Free PDFP. PolonistyczneThis PaperA short summary of this paper37 Full PDFs related to this paper

Refren: Bajkę masz ze snów - i tylko nie mów, że coś umknęło z głowy ci! Pomysłów pełen łów - wyciągniesz z głowy dziś, uwierz też w wyobraźni nić! 2. Było sobie trzech Japońców: Jachce, Jachce Drachce, Jachce Drachce Drachcedroni. Były sobie trzy Japonki: Cepka, Cepka Drepka, Cepka Drepka Rompomponi. Poznali się: Jachce
Gdy po raz pierwszy dowiedziałem się o jego istnieniu, to pomyślałem, że albo jakiś dziennikarz się pomylił, albo to żart na prima aprilis. Problem tylko w tym, że nie był to 1 kwietnia, no i tę informację można było potwierdzić w kilku źródłach. – Chińczycy sklonowali miasteczko! – krzyknąłem. – Przepraszam, co zrobili? – dopytała badawczo Alicja. Czasem, gdy jest się długo w Azji, przychodzi taki dzień, że ma się ochotę na trochę odmiany. Na szczyptę naszej, europejskiej „normalności”. Chciałoby się przenieść na kilka godzin w rzeczywistość, którą znamy, rozumiemy i nas nic nie zaskakuje na każdym kroku. Czy Chiny mogą zaskakiwać po kilku wizytach w tym kraju? O tak, mogą! Zwykle im częściej tam będziesz jeździć, tym subtelniej będą zaskakiwać, bo docierają do nas rzeczy, których nie rozumieliśmy początkowo. Nie znaliśmy pewnego kontekstu kulturowego. Pierwsza, druga wizyta w jakimś „egzotycznym kraju” to szok i chaos. Mętlik w głowie, podekscytowanie nowymi bodźcami. Kolory, dźwięki, zapachy. Wszystko inne niż dotychczas znaliśmy. Świat nam wiruje, ale tak globalnie… Umykają nam jednak szczegóły, szczególiki – takie perełki, których nie da się wyczytać w przewodniku. Potrzeba kogoś stamtąd, zanurzonego w ichniejszej rzeczywistości, aby je dostrzec… po to się właśnie gdzieś wraca po kilka razy! Gdy dowiedzieliśmy się o sklonowanym miasteczku z jedynego chińskiego kanału informacyjnego po angielsku, zdębieliśmy kompletnie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji, zacząłem wypytywać naszych chińskich znajomych. O co chodzi? Dlaczego? Jak tak można? Jak to rozumieć? Skąd ten pomysł? I wiecie co? Ich to nie dziwiło. Oni dziwili się mnie, że ja się dziwię im. Że nie rozumiem. – Andrzej, ale Ty przecież wiesz, że my nie możemy wyjeżdżać za granicę – tłumaczył Kim. Dlaczego więc nie przenieść Europy do Chin? My też jesteśmy ciekawi, jak żyje się np. w Austrii. !!! Tak, to prawda. Chińczycy, aby dostać paszport, muszą się o niego długo starać. Muszą mieć dobry powód i poza samym biletem lotniczym, hotelem etc. muszą wpłacić bardzo wysoką kaucję za paszport, która ponoć przepada, jeśli nie wrócą do kraju. Europa i Ameryka wdzierają się do chińskiej codzienności głównie przez telewizję i popkulturę. Oczywiście mowa tu o dużych miastach, ale tam też mieszka dużo ludzi. Chińczycy są nas coraz bardziej ciekawi. No więc dlaczego nie zrobić na tym biznesu? Tak… „jeśli nie wiadomo o co chodzi…” – Nic mnie nie interesuje. Żadne wioski, tarasy herbaciane, góry wapienne. Chcę TO zobaczyć. Dotknąć. Uwierzyć – zakomunikowałem dość stanowczo. Mniej więcej tak samo stanowczo, jak dwa lata wcześniej Alicja zakomunikowała mi, że nie spocznie dopóki nie znajdzie prawdziwych Jawajek w Indonezji. Po trzech dniach od podjętej decyzji byliśmy w mieście Huìzhōu – najbliżej położonym większym mieście, w którym mogliśmy się zadekować na kilka dni. Sakwy zostały w hotelu. Pojechaliśmy rowerami bez obciążenia, żeby było sprawniej. Problem był tylko w tym, że wiedzieliśmy jak nazywa się to miejsce po naszemu – Hallstatt, a Chińczycy ni w ząb. Jechaliśmy przed siebie. Tak nam z mapy wynikało, że na południowy-wschód trzeba, aż w końcu trafiliśmy na europejskie znaki. Przemknęły dwa autokary z nazwą Hallstatt na drzwiach. Byliśmy blisko. I w końcu ukazało się to! Czułem ogromne poruszenie. Taki moment, w którym wydaje Ci się, że coś nieprawdopodobnego zaraz się wydarzy, ale boisz się, że to tylko złuda. Nie tym razem! Mógłbym napisać, że szczypałem się w policzki, ale tak nie było, bo gnałem rowerem, co sił w nogach, żeby faktycznie przekonać się na własne oczy. Ekscytację podnosił fakt, że to miejsce wyglądało na dopiero co otwarte. A może jeszcze nie jest otwarte? Nie! Nie zrobią mi tego. Muszę je zobaczyć. Muszę dotknąć i przekonać się na własnej skórze… Najpierw ujrzeliśmy jezioro i jakby powstającą górę, tak jakby wybetonowaną, albo z czegoś sztucznego, a później ten widok. Już się oswajałem. Pochłaniałem to miejsce wszystkimi zmysłami. Gdy dojeżdżaliśmy do miasteczka niecierpliwiłem się. No chodźmy już, wejdźmy. Sam fakt, że młoda chińska para fotografuje się na tle europejskiego budynku jest czymś normalnym, co zresztą kilka lat temu opisywaliśmy na gorąco. Dużo czasu więc im nie poświęciliśmy i pognaliśmy na Rynek! Tak, napiszę go przez „R”, bo zrobił na mnie ogromne wrażenie. Aż sobie usiadłem na ławce i chciałem kupić nam do tego włoskie lody. Hallstatt numer 1. Hallstatt numer 2. I tutaj zagadka dla Ciebie. Które z tych dwóch powyżej zamieszczonych zdjęć zrobione jest w Chinach, a które w Austrii? Które Hallstatt jest oryginalne? Pierwsze czy drugie? Taaaak… to trwało bardzo długo. Siedziałem, gapiłem się i dziwiłem sam sobie. Chiny potrafiły mnie zaskoczyć nie niuansikiem. Nie drobnostką. Chiny znów wgniotły mnie w ziemię. Czekajcie, czekajcie! Od czego ja to zacząłem ten tekst? Od subtelnych zaskoczeń?! Od tego, że przy którymś pobycie, dany kraj zaskakuje mniej? Czy aż tak się myliłem? Czy Chiny mają dla nas taryfę ulgową? Z całym impetem moja szczęka uderzyła w bruk (ała, bruk nie był plastikowy!) i powinienem ją był pozbierać. Ale pomyślałem sobie: – Nie! Domy nie mogą być prawdziwe. Bruk, ok. Ale domy? Zacząłem macać, opukiwać, nawet wąchać. Pachniało świeżą farbą i wapnem. Cholera! To jest prawdziwe. Nagle ktoś na nas zamachał. Zawołał coś i pokazał drzwi do kościoła. Ooo! No jeszcze mi powiedzcie, że msza się zaczyna?! Mszy nie było, bo w środku była agencja nieruchomości. Tak. Tu się robi biznes. Wielka makieta. Hostessy i drobny poczęstunek – ciasteczka wprost z Austrii. No, nie wzgardziłem. Kremowe – dobre. – Ale, co się tu sprzedaje – pytam w końcu chłopaka w garniturze. – Jak to co? Domy. Mieszkania. Apartamenty – odpowiada bardziej zaskoczony moim pytaniem, niż ja jego odpowiedzią. – Ale które? – Wszystkie. Proszę iść z tą Panią. Pokaże jeden z kilku dostępnych nawet dziś do kupienia domów – odparł, zbywając mnie, gdyż przez drzwi zaczęła się właśnie przepychać jakaś chińska rodzina. No więc wierzcie lub nie, ale te domy faktycznie były do sprzedania. Obejrzeliśmy dwa i oczom nie wierzyliśmy, jak tam było luksusowo. Jak przestronnie i z rozmachem. Cztery piętra, dziesięć pokoi, dwie kuchnie, łazienka przy każdej sypialni, pokoik dla służby. Wszystko na najwyższy połysk. Zmywarka z Japonii, meble z Włoch. Telewizor Samsunga, laptop Apple. Nic chińskiego. Podłoga drewniana. Grill jakby z Australii. Styl życia iście z jakiejś wyśnionej baśni. Gdy tak chodziliśmy po tych pokojach w końcu trafiliśmy na inną rodzinkę. Kobieta płynnym angielskim wystrzeliła wprost bez pardonu – Tak jak w Europie, prawda? I co jej miałem odpowiedzieć? Uśmiechnąłem się i poszedłem do toalety, bo chciałem sprawdzić, czy najbardziej newralgiczny punkt domu też działa. Spłukało się. Woda była. Działało! I może zabrzmi to, jakbym widział nie wiadomo co i nie wiadomo jak wiele podróżował. W pewnym momencie w naszej podróży, szczególnie przez Azję Płd-Wsch., przestaliśmy się dziwić. Martwiło nas to i szukaliśmy środków, aby się z tego marazmu otrząsnąć. I nagle taki BANG! Jesteś w Austrii, która jest w Chinach! Słyszałem o miastach widmo. O chińskim mieście Parma, któremu nadano tę nazwę tylko dlatego żeby sprzedawać szynkę parmeńską Made in China, ale to? Oni tutaj nawet wymodelowali jezioro i wzgórza. No przecież to są Alpy! Zerknijcie na te zbocza za budynkami na zdjęciu poniżej. Jeśli myślicie, że to utopia? Że nikt tego nie kupi, to trzeba wiedzieć, że chińskie Hallstatt jest położone kilkaset kilometrów na północ od wielkiej chińskiej aglomeracji – Guangzhou, Dongguang, Shenzhen – miasta wypełnione, wręcz zapchane ludźmi do granic możliwości. A tak, przepraszam. W Chinach nie ma granic możliwości. No chodzi mi przede wszystkim o to, że tam jest bardzo tłoczno. I teraz wyobraźcie sobie sytuację, że taki Chińczyk przyjeżdża do bajkowego Hallstatt. Jest jezioro, stosunkowo czyste powietrze, kolorowe domki, nie ma tłoku. Czy to jest dla niego atrakcyjne? Noo… a jak już ochłonęliśmy z tych przemyśleń, to zaczęliśmy robić zdjęcia. Chińczycy oczywiście to podchwycili i zaczęli sobie robić zdjęcia z nami…. w Austrii! No więc wpadliśmy na taki pomysł, żeby rodzinie, jak już w Austrii jesteśmy, wysłać zdjęcie… z podpisem: „Hej! Jesteśmy w sumie niedaleko. Wyjedziecie po nas?” ;-) A wracając jeszcze na chwilę na ziemię. Początkowo Austriacy byli mocno zszokowani i oburzeni faktem, że Chińczycy skopiowali sobie ich miasto, w dodatku nie pytając o zgodę. Po jakimś czasie jednak burmistrz prawdziwego Hallstatt doszedł do wniosku, że może to jednak będzie dobra promocja ich miasta i Chińczycy, których stać na podróż do Europy, będą do nich przyjeżdżać turystycznie, żeby zobaczyć oryginał? Udał się więc na oficjalne otwarcie chińskiego Hallstatt, podpisał umowę o współpracy i odwrócił kota ogonem. Próbuję i ja odwrócić kota ogonem i wyobrazić sobie tę sytuację odwrotnie. Jakby to było gdyby w Europie powstało nagle chińskie miasto ze wszystkimi jego zaletami i wadami? Częściowo już tak jest, bo w dużych miastach mamy już chińskie dzielnice, sklepy, kulturę, ale gdyby przenieść całe miasto, w którym każdy mógłby sobie kupić chiński dom? Jakby to było?

Wojna chińsko-japońska — krwawe pokłosie japońskiego nacjonalizmu. Wojna chińsko-japońska wciąż tkwi w narodowej pamięci Chińczyków niczym drzazga pod skórą. Krwawa okupacja, będąca preludium do dramatu, który miał wkrótce ogarnąć Europę, trwała osiem lat. Konflikt pochłonął setki tysięcy niewinnych istnień i

Autor: Wiesław Pilch Przedruk za uprzejmą zgodą Autora. Artykuł pierwotnie opublikowany na: Chcę dziś poruszyć problem największej budowli hydroenergetycznej na świecie. Nie znam dokładnych danych tej tamy. Na pewno nie jest najwyższa. W USA widziałem (na zdjęciu) tamy spiętrzające wodę do wysokości 400 m. A tu skromne 161 m. I nie wiem czy ta jest najszersza. Może. Fakt pozostaje faktem, że w wyniku zbudownia tamy powstał zbiornik wodny o wielkości nieco ponad 1000 km2. Taki np. prostokąt o bokach 20* 50 km. Na pewno znacznie większy od W-wy. I od Singapuru też. Jako że różni ekoterroryści i inni politycy - też terroryści - próbują zdyskwalifikować sam sens powstania tamy, spróbuje napisać o tym kilka słów. Zacząć trzeba od tego że sam projekt powstał ...w 1919r. Trochę dawno temu. A po co? To co teraz napiszę to rzecz oczywista ...dla Chińczyków, ale już na pewno nie dla skretyniałej częsci białych. Otóż od tysięcy lat Jangcy wylewa. I od tysięcy lat ludzie tracili domy, majątki i życie. Bo Jangcy wylewała. Więc kiedy skończyła się w Chinach epoka cesarstwa (1911), co inteligentniejsi Chińczycy myśleli, ze teraz zacznie się raj. A zaczął się taki burdel, że pod koniec lat 20 tych zeszłego wieku sądzono, iż na Chińczyków „przyszła kryska na Matyska”. Naród zaczął niknąć w oczach. Wymierać. Wiec to niekoniecznie był dobry czas na zajmowanie się stanem Jangcy. Później była okupacja japońska, a po niej wojna domowa w wyniku której doszli do władzy komuniści z Mao na czele. Mieli bardzo dziwne- delikatnie mówiąc- pomysły, ale wśród nich był jeden, który omal nie cofnął Chin do epoki kamienia łupanego. Na całe szczęście Mao umarł, ale rozsądni komuniści zostali. I zaczęli zamiatać po poprzednikach tak szybko, że aż się kurzyło. Z tego tumanu kurzu wyłonił się powtórnie projekt zapory na Jangcy. Dla każdego myślącego Chińczyka- szczególnie tego mieszkającego w okolicy rzeki- zapora na Jangcy to spełnienie marzeń o SPOKOJU. Mierzonym brakiem corocznych powodzi. Powtórzę mocniej to co jest najważniejsze! Jeśli jakikolwiek biały zaczyna gadać głupoty o tej zaporze, to niech naprzód cofnie się te 30-40 lat wstecz, niech przerzuci kroniki i sprawdzi co Jangcy potrafiło zrobić ze swoją okolicą. A przecież i w Polsce jest rzesza ludzi którzy przeżyli katastrofę „powodzi tysiącleci”, więc Ci ludzie dobrze wiedzą co oznacza przeżyć powódź. Tyle że u nas powódź była raz na tysiąc lat, a tam to się zdarzało rok w rok. Na pewno myśląc o tamie można zrobić rachunek zysków i strat. Bo jak w każdym wielkim, epokowym przedsięwzięciu są zyski i są straty. Do strat zaliczyłbym konieczność wysiedlenia ok. 1miliona 700 tysięcy ludzi. Tylko z okolic które miały być zalane. Tama kosztowała 58 mld. dolarów. Też nie w kij dmuchał. Zostało pod wodą kilkaset stanowisk archeologicznych - wszak pamiętajmy, że jest to obszar starożytnych Chin. To jest obszar aktywny sejsmicznie, więc tama jest obliczona na przetrwanie trzęsienia o kali w skali Richtera. A co jeśli będzie więcej? A więc starta w postaci strachu. Kolejną stratą jest to co się dzieje ostatnio. W wyniku zmian klimatycznych zaczynają się gigantyczne osuwiska ziemi. Jeśli skumulują się: trzęsienie ziemi i obfite deszcze które spowodują osuwiska- to może się zdarzyć tragedia wokół zapory i przy samej zaporze. Też koszt- strach. Kolejnym kosztem jest - biorąc pod uwagę ostatnie potencjalne zagrożenie - konieczność przesiedlenia kolejnych dziesiątków tysięcy ludzi w bezpieczniejsze miejsce. Bardzo często- już raz przesiedlonych. Oczywiście suma rocznych kosztów eksploatacji też nie jest bagatelna. Ostatnio mieszkańcy jednego z miast nad tamą pobili się z milicją, bo trzeba było wybudować rurociąg na odpompowywanie odpadów ze zbiornika. A mieszkańcy powiedzieli: NIE. I wygrali. W „komunistycznych” Chinach. Ciekawe, co? Słowem tych kosztów trochę się nazbierało. I to nie bagatelnych. I nie do przemilczenia. Prawdziwych. Realnych. Tyle, że są jeszcze zyski. O nich - szczególnie w „demokratycznych i pluralistycznych” mediach się nie wspomina. Bo trzeba by było zaprzeczyć samemu sobie. Jak wiadomo cały „cywilizowany inaczej” świat bije w Chiny jak w bęben, ponieważ są one największym- jak fama głosi- trucicielem wody, powietrza i gleby. Bo za dużo spala się węgla- a przecież Chińczycy powinni spalać to co trzeba importować, a nie to co mają swoje. (niech biorą przykład z Polaków). Więc skoro wybudowali zaporę która daje tyle elektryczności, że można by sprostać zapotrzebowaniu Szwajcarii lub Pakistanu na energię elektryczną, to ta energia zastępuje węgiel który trzeba by było spalić w kotłowniach. Tak, tylko przy takiej konstatacji trzeba by przyznać, że zapora daje również zyski. Oczywiści takie „drobiazgi” jak brak corocznych powodzi i brak ofiar w ludziach oraz majątku nikogo na tzw. zachodzie nie obchodzi. Wszak to „tylko” Chińczycy. Ich jest dużo, kilku mniej- kilku więcej- co za różnica. I to jest perfidia zachodniego sposobu myślenia. Bo gdy na tym zachodzie zdarzy się powódź, to robią z tego tragedię na miarę końca świata. Ale wracając do Chin- to jest zysk nie do przecenienia. No i tak doszedłbym do końca tej gawędy o Tamie Trzech Przełomów. Na pewno jeszcze o niej usłyszymy. Bo gdy tak czytam o tym co się tam dzieje gdy przybiera woda, to naprawdę nie chciałbym być w skórze tych ludzi którzy mieszkają w okolicy. Bo tama jest ZA MAŁA! Może inaczej. To rzeka jest gigantyczna. I masy wody są gigantyczne. Takich zapór powinno powstać kilka. Nie jedna. Ale przecież to jest jeden z tych obszarów Chin gdzie gęstość zaludnienia jest największa na świecie. Jak się patrzę czasami na fotografie miast wokół Jangcy podczas pory deszczowej- to ciarki mnie po plecach przechodzą. Drewniane domy na drewnianych palach. W nurcie rzeki. I domek przy domku i jeden na drugim. Matko Boska! To są dziesiątki i setki tysięcy ludzi. Gdzie ich podziać? Gdyby się miało budować kolejną zaporę to trzeba tym ludziom dać lokum. Przyzwoite. Z wyższym standardem niż to które teraz mają. A czy się zgodzą na przeniesienie? A ekoterroryści? A tzw. światowa opinia publiczna – która wprawdzie Chińczyków ma w dupie, ale przy okazji nowej zapory mogłaby wyartykułować swoje własne interesy. Tak że z Jangcy, zaporą i związanymi z tym problemami zetkniemy się jeszcze nie raz. Ale nie dajmy się zwariować. Chciałbym, aby władze w moim kraju tak dbały o swój naród, jak o swój dbają władze Chin. I to bez względu na powody tej dbałości - bo jest ich rój. Wczesnym rankiem na dworze jest mnóstwo Chińczyków (często w piżamach), którzy ćwiczą tai chi, czikung, spacerują, rozciągają się czy tańczą w dużych grupach. Często w parkach Data utworzenia: 18 stycznia 2018, 15:49. Polscy przestępcy działający metodą „na wnuczka” i „na policjanta” doczekali się naśladowców z Dalekiego Wschodu. Chińczycy postanowili w ten sam sposób wyłudzać pieniądze od swoich rodaków! W kilku miejsca w naszym kraju urządzili sobie centra telefoniczne, z których dzwonili do mieszkańców Chin i wyłudzali od nich pieniądze. W bardzo krótkim czasie zarobili blisko 2 miliony euro. Podczas operacji przeciw gangsterom zatrzymano też... polską celebrytkę Izabela M.. Jaki ma związek ze sprawą? Ten wątek sprawdza właśnie prokuratura! Polska celebrytka zatrzymana Foto: Kapif W kilku luksusowych willach Lublinie, pod Warszawą i w Krakowie chińscy przestępcy założyli swoiste biura „call center”. To stąd kilkudziesięciu obcokrajowców codziennie wydzwaniało do Chińskiej Republiki Ludowej. Działali według doskonale znanej w naszym kraju metody „na policjanta”. Nie przepłacaj w sklepach stacjonarnych! Rondle już od 8 złotych! - Podawali się za funkcjonariuszy chińskich urzędów walczących z przestępczością. Informowali o różnych wymyślonych postępowaniach karnych, które toczą się wobec rozmówców i przy użyciu socjotechnik zmuszali Chińczyków do przelewania pieniędzy na ich konta - mówi dla Agnieszka Kępka, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Przestępcza działalność kwitła w najlepsze w Lublinie, Józefowie, Konstancinie od 2016 r. Dziś gang został zlikwidowany. Antyterroryści zatrzymali 50 osób. 48 z nich to Chińczycy, pozostałe to dwie pomagające im Polki. Główną szefową interesu była tancerka Izabela M. W domu kobiety znaleziono nielegalny karabin maszynowy, dubeltówkę i 100 tysięcy złotych w gotówce. Czy w gangu działała... polska celebrytka Izabela M.. Ten wątek sprawy sprawdza prokuratura. Izabela M. to tancerka i modelka. Ma za sobą, występ w "Tańcu z Gwiazdami" w czasach, gdy emitowała go stacja TVN. Nie wiadomo jeszcze w jakim charakterze Izabela M. miała pomagać Chińczykom i czy była świadoma, co robią oszuści. Zatrzymani są teraz przewożeni na przesłuchania. Członkom chińskiego gangu „wnuczków” grozi do 15 lat więzienia. Tak młode małżeństwo oszukiwało emerytów Wyznanie złodzieja /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne Chińczycy mieszkali w kilku miejscach w Polsce. Stąd dzwonili do ojczyzny wyłudzając pieniadze /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne W luksusowych willach urządzono prowizoryczne "call center" /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne W luksusowych willach urządzono prowizoryczne "call center" /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne W luksusowych willach urządzono prowizoryczne ale doskonale wyposażone "call center" /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne W luksusowych willach urządzono prowizoryczne "call center" /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne W luksusowych willach urządzono prowizoryczne ale doskonale wyposażone "call center" /10 Policja zlikwidowała chiński gang działający w Polsce Materiały policyjne Zatrzymano 48 Chińczyków /10 Polska celebrytka zatrzymana Kapif Izabela M. jest tancerką /10 Polska celebrytka zatrzymana Kapif Kobieta brała udział w "Tańcu z gwiazdami" /10 Polska celebrytka zatrzymana Kapif Nie wiadomo jeszcze, czy kobieta usłyszy zarzuty Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem: Po wojnie miały dobre relacje z ZSRS i USA. Dodatkowo otrzymały stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Slide 3. Wojna domowa w Chinach. W 1946 r. rozpoczęła się wojna domowa, którą wygrali komuniści wspierani przez Stalina. 1 października 1949 roku powstała Chińska Republika Ludowa. Przywódcy Republiki Chińskiej, Kuomintang Polacy zaczęli kolejne spotkanie w Lidze Narodów znów w nieco odmienionym składzie. Do dobrze spisującego się w meczu z Bułgarią Bartosza Bednorza na przyjęciu dołączył 22 letni Tomasz Fornal. Doświadczonego Fabiana Drzyzgę na rozegraniu zastąpił 23 letni Marcin Komenda. Do szóstki w miejsce Macieja Muzaja wrócił natomiast Dawid Konarski. Wyjściowy skład uzupełnili Zatorski, Bieniek i Nowak. Ta mieszanka rutyny z młodością od początku spisywała się przeciwko Chińczykom niezwykle skutecznie. Pierwszy set był zacięty tylko do stanu po 20. Wtedy na zagrywkę wszedł Bednorz, Polacy przycisnęli rywali, ustawili szczelny blok i Raul Lozano zmuszony był do wzięcia czasu. Trener Chińczyków jest w naszym kraju dobrze znany, prowadził w przeszłości biało-czerwonych doprowadzając ich do finału mistrzostw świata w 2006 roku. Jednak nawet Lozano nie był w stanie wymyślić recepty na znakomicie grających Polaków, którzy triumfowali ostatecznie 25:22. Piotr Nowakowski udowodnił ponownie, że należy do najlepszych środkowych na świecie Drugą partię Polacy rozpoczęli w świetnym tempie - od razu narzucając przeciwnikom swój styl gry. Od początku udało się wypracować podopiecznym Vitala Heynena kilkupunktową przewagę, którą utrzymali do końca. Chińczycy kompletnie nie radzili sobie z przyjęciem zagrywek Mateusza Bieńka. Swoje punkty dołożył Bednorz. Rywalom wyraźnie brakowało argumentów - w tej sytuacji uzbierali w tym secie zaledwie 13 oczek. To była deklasacja. Kolejna odsłona była podobna, bo mistrzowie świata nie zamierzali wyciągnąć do Chińczyków ręki i cały czas grali na wysokim poziomie. Ponieważ był to mecz z gatunku tych w których wszystko zależy od jednej drużyny - wszystko zakończyło się szybko i dość łatwo. Kolejny weekend Polacy spędzą w Iranie, gdzie oprócz gospodarzy ich rywalami będą Rosjanie i Kanadyjczycy. Te drużyny w Lidze Narodów na razie spisują się znakomicie. Iran z jedną porażką na koncie jest liderem w rozgrywkach, więc zapowiadają się trudne i ciekawe mecze. Chiny - Polska 0:3 (22:25, 13:25, 15:25) Źródło:
Historia nauki – dziedzina wiedzy opisująca tworzenie się i rozwój wyspecjalizowanych nauk szczegółowych badających przebieg procesów przyrodniczych i społecznych. Jest to stosunkowo młoda dyscyplina uniwersytecka, trudna w uprawianiu na skutek konieczności łączenia dwóch rodzajów kompetencji – orientacji w danej dziedzinie
make party, have fun, still live 2011/08/14 « następne poprzednie » Parametry zdjęcia Producent: Canon Model: Canon DIGITAL IXUS 95 IS Migawka: 1/60 sec Przesłona: f 2,8 Ogniskowa: 6,2 mm Flash: Red Eye, Auto-Mode ISO: 500 Informacje o wpisie Numer wpisu: 66 Data dodania: 2011/08/14 01:02:54 Komentarzy: 0 Fajne0 z Łukaszkiem ;***osiemanstka jak najbardziej udana! Z takimi ludźmi można na księżyc i z powrotem. <3 wakacje się już powoli kończą, niestety. ale końcówke trzeba będzie wykorzystać w stu procentach! ;o będziemy się starać! ;d Było sobie trzech Chińczyków:Jaksa,Jaksa Draksa,Jaksa Draksa sobie trzy Chinki:Cypka,Cypka Drypka,Cypka Drypka i oni się pobrali:Jaksa z Cypką,Jaksa Draksa z Cypką Drypką,Jaksa Draksa Droni z Cypką Drypką na taką chwilę, kiedy zrozumiesz swoje błędy i po prostu przeprosisz! Najnowsze wpisy 09/02/2014 17:15:37 19/01/2014 21:59:00 11/01/2014 17:47:25 09/01/2014 22:12:52 01/01/2014 22:14:28 25/12/2013 20:40:51 22/12/2013 19:25:57 17/12/2013 19:00:20 Wszystkie wpisy Wpisy obserwowanych honeyyyy xronix tiredsoul xszpadyzorx kokoszkaa truskawkowyshakex3 backto2009r aloonee Wszyscy obserwowani
Przez ostatnie dekady Chiny przeszły przez „nową fazę”, „nowy rozdział” oraz „nowe wdrożenie” rządów prawa. Były to okresy, podczas których Partia realizowała wcześniej powzięty plan dotyczący rządów prawa w Chinach. Sami przedstawiciele Komunistycznej Partii Chin twierdzą, że rządy prawa to „wybór Chińczyków I. Mały William Black, który w chwili, kiedy zaczyna się nasze opowiadanie, czyli w r. 1890, liczył 7 lat, usłyszawszy, że ojciec opowiada matce o Anglikach, powracających z „niebieskiego państwa“, zawołał ze zdziwieniem: — Mój ojcze! Więc są tacy ludzie, którzy mieszkają w „niebieskiem państwie“ i wracają stamtąd, kiedy mają ochotę? — Dlaczego cię to dziwi? — spytał ojciec. — Bo mama mi opowiadała, że w „niebieskiem państwie“ przebywają tylko dusze sprawiedliwych, ciała zaś ich wiecznie spoczywają w grobach. — Mój drogi Williamku, — odparł ojciec — niebieskie krainy, gdzie przebywają dusze zmarłych ludzi, zowią się „królestwem niebieskiem“, nazwę zaś „niebieskiego państwa“ nosi rozległa przestrzeń ziemi w Azji, gdzie żyją Chińczycy. Są to tacy sami ludzie, jak i Anglicy; różnią się zaś od Europejczyków tem, że mają skórę żółtą, oczy skośne i że tam mężczyźni, tak jak u nas kobiety, splatają włosy w długie warkocze. Obyczaje tego ludu są bardzo dla nas dziwne i wielce się różnią od naszych. — Ach, ojczulku! — zawołał William. — Żebym też mógł kiedy pojechać do tych Chińczyków. Słysząc to, ojciec uśmiechnął się, pogładził Williama po głowie i rzekł: — Chińczycy mieszkają bardzo daleko. Droga do nich prowadzi przez olbrzymie morza i trwa kilka tygodni. Gdy podrośniesz i nauczysz się czytać, kupię ci ciekawą książkę, w której są opisanie obyczaje Chińczyków; tymczasem nie myśl o „państwie niebieskiem“ i baw się dalej w konie. Od owej chwili upłynęło dużo, dużo lat. Mały Williamek wyrósł na dojrzałego młodzieńca. Trwając ciągle w zamiarze zwiedzenia Chin, poznał się z pewnym uczonym, znającym język chiński i zaczął od niego pobierać lekcje. Była to praca bardzo ciężka i żmudna, bo pismo chińskie liczy do najrozmaitszych znaczków. Nauczywszy się nieźle po chińsku, William złożył podanie do rządu, prosząc o wyznaczenie mu odpowiedniej posady w Chinach. Po niejakim czasie w Pekinie, stolicy Chin, zawakowała posada pomocnika posła, którą otrzymał William; wyruszył więc niebawem w daleką drogę. II. Po długiej i bardzo niebezpiecznej morskiej podróży, trwającej kilka tygodni, William przybył do Chin. Otoczyły go tłumy ludzi o żółtych twarzach i małych, ruchliwych skośnych oczach. — Nareszcie widzę prawdziwych Chińczyków! — pomyślał William i z ciekawością przypatrywał się mężczyznom, noszącym długie warkocze, spadające im aż do pasa; dziwił się ich szerokim, jedwabnym kaftanom i różnobarwnym strojom Chinek. Chińczycy przyglądali się Williamowi na ulicy z wielkim podziwem; otoczywszy go ciasnem kołem, wyjmowali z pudeł, zawieszonych przez ramię, bardzo ładne porcelanowe figurki, wyroby z kości słoniowej i zachwalali głośno swój towar. William, zdoławszy się z wielkim trudem uwolnić od ich natarczywych nalegań, zbliżył się do tragarzy, wynajął lektykę i ruszył w niej do nadmorskiego miasta, a potem na wozie, ciągnionym przez cztery bawoły, dostał się do Pekinu i przedstawił się posłowi angielskiemu, panu Brown. Pan Brown przywitał go bardzo serdecznie, zapoznał ze swoją małżonką, a po obiedzie odprowadził go do mieszkania, które się znajdowało w pobliskim domku. Jak cały domek, tak i mieszkanie wydało się Williamowi bardzo dziwne: domek miał wygląd jednopiętrowej altanki, zrobionej z grubych pni bambusowego drzewa i przykrytej śpiczastym słomianym dachem. Do mieszkania prowadziły skrzypiące lekkie schody. W oknach nie było wcale szyb: przykrywały je maty, czyli grube tkaniny, zrobione z włókien roślinnych. Podłogę przykrywał bardzo ładny różnobarwny kobierzec; na ścianach wisiało kilka cudacznych obrazków, wyobrażających śmieszne, tłuste ptaki, latające po sinem niebie. Przy ścianach stało kilka bambusowych krzesełek i niski tapczanik, zastępujący łóżko. William urządził swe mieszkanko bardzo wygodnie, a po pewnym czasie, w wolnych od pracy chwilach, zaczął zwiedzać Pekin. Pekin, czyli „północna stolica“, położony jest niedaleko od wzgórz Junglińskich. Otacza go olbrzymi mur, trwający od wieków, zbudowany ongi w celu obrony żyznych pól chińskich od napaści koczujących plemion, które do dziś jeszcze wiodą tułaczy żywot na stepach mongolskich. W murze jest pięćdziesiąt bram; nad każdą bramą piętrzy się wysoka baszta, gdzie czuwają straże. Największą ciekawość wzbudziła w Williamie słynna wieża pekińska, wznosząca się na wzgórzu za rzeką, przez którą ciągnie się czerwony most kamienny. Ściany tej wieży są z porcelany, zabarwionej na kolory: żółty, czerwony i zielony. Wieżę otacza dziewięć krużganków, przykrytych żelaznemi daszkami. Na skrajach daszków wisi mnóstwo srebrnych dzwonków, które przy silniejszym powiewie wiatru wydają bardzo miłe dla ucha dźwięki. Wewnątrz wieży znajdują się schody, wiodące na sam jej szczyt. Z najwyższego krużganku roztacza się wspaniały widok na całe miasto, największe w Chinach. U stóp tej ogromnej stolicy wije się w pięknych zawrotach Pej-ho, biała rzeka, która wpada do zatoki Peczilijskiej. Wybrzeża jej są gęsto zasiane domkami i pagodami, czyli świątyniami. Ponad tysiącem domostw króluje wysoki pałac cesarski, a w nim przebywa władca Chin. Opodal pałacu znajduje się bardzo bogate obserwatorjum astronomiczne, wyższa szkoła i olbrzymie budowle drukarń, w których znajduje się rozmaitych książek. Pewnego razu pan Brown oświadczył Williamowi, że zaproszono ich na wesele córki bogatego mandaryna[1]. — Mandaryn Czing-cha — rzekł pan Brown — polecił mi, żebym zaprosił pana na tę wielką uroczystość. — Jestem mu za to bardzo wdzięczny, — odparł z uśmiechem William — lecz się obawiam, żeby mnie nie poczęstowano pieczonemi kotami, psami, szczurami i innemi „smakołykami“. — Próżne obawy! — uspokoił go pan Brown. — Mandaryn Czing-cha przyjmie nas bardzo wystawnie. William, ciesząc się tą rzadką okazją, ubrał się odświętnie i po pół godzinie opuścił ze swymi przyjaciółmi ambasadę angielską. Przed gankiem czekała na nich obszerna lektyka. Gdy zajęli miejsca, czterej silni Chińczycy podnieśli ją z ziemi, oparli drążki na ramionach i śpiesznym krokiem ruszyli do domu mandaryna. Już się zbliżano do celu podróży, gdy w oddali odezwały się przenikliwe głosy piszczałek i głośne krzyki kilkudziesięciu ludzi. — To narzeczona przybywa! — rzekł pan Brown i kazał tragarzom zatrzymać się w pobliżu wejścia do domu mandaryna. Na rogu ulicy ukazała się lektyka, niesiona przez czterech służebników, ubranych w bogate szaty. Przed lektyką kroczyli muzykanci, dmąc w piszczałki i bijąc w bębny. Tłum, otaczający lektykę, wydawał dzikie, przeraźliwe okrzyki radości. — Więc w tej lektyce przybywa narzeczona? — spytał William. — Tak jest! — odparł pan Brown. — Lektyka jest zamknięta, a klucz od niej ma stara służąca, o, ta, — dodał — co kroczy na przedzie orszaku. Chiński zwyczaj każe, aby narzeczona była dla wszystkich niewidzialna, nawet narzeczony jeszcze jej nie widział. I ona również nie zna go wcale. — To bardzo śmieszne! — zauważyła pani Brown. — Cóż to będzie, jeśli się nie spodoba swemu przyszłemu mężowi? — Rzadko to się trafia — odparł pan Brown. — Jeśli jednak narzeczony jest bardzo wybredny, wówczas odsyła pannę młodą do domu jej rodziców, lecz musi im zato zapłacić sporą sumę pieniędzy. — Dziś jednak nie będziemy świadkami tego wypadku, bo, jak słyszałem, panna jest bardzo przystojna. Tymczasem orszak zbliżył się do domu mandaryna i zatrzymał się przed drzwiami. Po chwili we drzwiach ganku ukazał się mandaryn, ubrany we wspaniałe szaty. Muzykanci przywitali go przeraźliwą muzyką. Mandaryn zeszedł wolno po stopniach ganku, zbliżył się do starej służki, wziął od niej klucz, otworzył drzwiczki lektyki i ciekawie zajrzał do jej wnętrza. Na miękkiej ławeczce siedziała panna młoda, ubrana odświętnie; gęsta zasłona zakrywała jej oblicze. Mandaryn prędkim ruchem odgarnął zasłonę, poczem wykrzyknął: — Piękna jak poranek słoneczny! Podawszy narzeczonej rękę, pomógł jej wysiąść z lektyki i wprowadził do swego domu. Za nimi weszła reszta orszaku, państwo Brown i William. Goście zasiedli przy olbrzymim szerokim stole, na którym było ze sto potraw. Wśród pięknych koszów, pełnych owoców, widniały miski z różnemi potrawami. Były to najdelikatniejsze chińskie przysmaczki: smażone gołębie jaja, dzikie koty, potrawa z żab, suszone robaki, tak ohydne, że sam ich widok wzbudzał wstręt. Prócz tych „smakołyków“, jak je nazwał William, roznoszono w małych czarkach drobno posiekane bażanty, rybę i inne potrawy, tak przesolone, że nasi goście musieli ciągle popijać je słodkim napojem, wyrabianym z ryżu i noszącym nazwę „saud-czu“. Grzeczny gospodarz, chcąc uczcić obecność Anglików, wzniósł toast za ich zdrowie. Wziąwszy filiżankę w obie ręce, trząsł się długo, kiwał głową, poczem, wypiwszy napój, pokazał gościom dno filiżanki, przekonywając ich w ten sposób, że wypił wszystko. Potem klasnął w dłonie i rozkazał służącym zaprosić do stołu narzeczoną, która dotychczas siedziała sama w przyległym pokoju. Po chwili w drzwiach ukazała się panna młoda. Zdumiał się William, widząc, że przyszła pani mandarynowa nie umie wcale chodzić: z trudem stawia nogi, to znów śmiesznie podskakuje, robiąc małe niezgrabne kroczki. — Co to znaczy? — zapytał cicho Browna. — Ta Chinka idzie tak, jakgdyby miała lada chwila się przewrócić. — Drogi kolego! — odparł z uśmiechem pan Brown. — Zapomniałeś zapewne o tym niemądrym chińskim zwyczaju, zakorzenionym wśród zamożnych Chińczyków: po urodzeniu dziewczynki nogi jej zakuwają w małe drewniane trzewiczki, które powstrzymują wzrost stopy, aby pozostała małą; przeszkadza im to stąpać należycie, lecz mandaryni tłumaczą się, że ich córki nie są stworzone do chodzenia, ale do noszenia przez służbę w lektykach. Mandaryn, powstawszy, powiódł po zebranych gościach dumnem spojrzeniem i zawołał: — Czy widzicie, z jak wysokiego rodu pochodzi moja żona? — Widzimy! — krzyknęli goście. Mandaryn z uśmiechem zadowolenia zbliżył się do nieszczęśliwej kaleki, podał jej ramię i doprowadziwszy ją do stołu, wskazał miejsce obok siebie. Wówczas zaczęła się prawdziwa uczta: służący przynieśli filiżanki, wrzucili do nich szczypty herbacianego kwiatu i polali go wrzącą wodą. Wonny zapach, ulatujący z porcelanowych filiżanek, cienkich jak papier, rozniósł się w powietrzu. Podano następne potrawy, które młoda pani mandarynowa zajadała z wielkim smakiem. Zamiast noży i widelców, Chińczycy używali małych pałeczek z kości słoniowej. Państwo Brown, przyzwyczajeni do nich, jedli dość zręcznie, lecz William, nie wiedząc, jak się obchodzić z temi pałeczkami, mimo kilku prób, nie mógł uchwycić niemi żadnego kawałka mięsa. Nareszcie udało mu się wyłowić z misy większy kawałek; w chwili jednak, gdy podnosił go do ust, mięso się ześliznęło z pałeczek i upadło na obrus. Chińczycy ze złośliwym uśmiechem spoglądali na niezgrabnego, jak sądzili, cudzoziemca. Jeden z nich, nachyliwszy się do sąsiada, wyszeptał: — Czy zacny mandaryn, wielki stróż olbrzymich więzień potężnego monarchy, uważa, jaki ten Anglik niezdara? — Uważam, czcigodny mandarynie, dzielny zaganiaczu robotników i śmiały tępicielu pałacowych szczurów potężnego monarchy. William, widząc, że się naraża na śmieszność, zaniechał dalszych prób z pałeczkami i zaczął jeść owoce i cukierki. Biesiada przeciągnęła się do nocy. Pożegnani ceremonjalnie przez nowożeńców Anglicy powrócili do domu. Orszak służących, z różnokolorowemi lampionami w rękach, odprowadził ich aż do ganku ambasady. III. Po pewnym czasie pan Brown i William udali się do nadmorskiego miasta, Kantonu. Droga prowadziła przez rozległe łany, zasiane ryżem. William przekonał się naocznie, że Chińczycy są bardzo pracowici. Wkładali bowiem dużo trudu, żeby nieurodzajny kamienisty grunt uczynić żyznym. Miejsca, gdzie ryż już powschodził, zalewali wodą, sprowadzaną z pobliskich rzek i potoków, w drewnianych kubłach, przywiązanych do długiej liny, obracającej się na dwóch olbrzymich kołach. Jest to bardzo żmudna praca, lecz przynosi rolnikom znaczne korzyści. Minąwszy ryżowe pola, nasi podróżni przejeżdżali wśród sadów bambusowych, w których wybujały wysokie kolankowate łodygi, okryte wąskiemi listkami. — Ta roślina — zauważył pan Brown — oddaje Chińczykom wielkie korzyści i nieocenione usługi. Bambusowych łodyg używają tutaj do urządzania tam wodnych, na płoty i do budowy domków. Z włókien bambusa wyrabiają sita i maty; z cieńszych gałęzi — instrumenty muzyczne, z kolanek — rozmaite naczynia, z najcieńszych zaś łozinek — laski i kojce dla ptactwa domowego. Nie dość na tem, z bambusu wyrabiają bardzo ładny papier, na którym Chińczycy piszą małemi pendzelkami, maczanemi w czarnym tuszu. Podróżni przez całą drogę podziwiali pracowitość Chińczyków, ich czyste miasteczka i gospody. Nareszcie przybyli do Kantonu. To dziwne miasto rozsiadło się przy ujściu rzeki Si-kiang, wypływającej z gór Nau-ling. Większa część miasta wybudowana jest na wodzie: domki stoją na szerokich pomostach, wspartych na grubych palach, wbitych w dno rzeki. Równe rzędy domków formują ulice — kanały, w których mijało się mnóstwo łodzi, przewożących ludzi z jednej strony ulicy na drugą. Wielu biednych Chińczyków całe życie swoje przepędza na czółnach, dających schronienie w nocy, a zarobek we dnie. Brown i William wsiedli do ozdobnej łodzi i kazali się wieźć do drugiej części miasta, leżącej na stałym lądzie. Po drodze spotykali setki łodzi, naładowanych jarzynami, workami z ryżem i innemi towarami. Wreszcie czółno dobiło do brzegu. Nasi znajomi znaleźli się na jednej z największych i najruchliwszych ulic Kantonu. Otoczył ich gwar przechodniów i przeraźliwe krzyki kupców, zachwalających swój towar. — Oto świeże kaczki! Kupujcie tłuste gęsi! — Wielmożni! Zwróćcie uwagę na moje owoce, na biały ryż, na słodki, jak cukier, „saud-czu“. — Sprzedaję papier, tusz, laski! Nasi znajomi skierowali się w stronę wyspy Hong-Kong, na której leży angielska osada Victoria. Naraz ujrzeli kilkudziesięciu biegnących strażników, którzy z okrzykiem: „Wan-Sai-Jeb!“, co znaczy: „Pan dziesięciu tysięcy lat“ — zaczęli rozpędzać tragarzy, zatrzymywali wozy, rozkazując im usuwać się z drogi. — Co znaczy to wołanie? — spytał William Browna. — Jest to przednia straż cesarza, który będzie tędy przejeżdżał. Zatrzymajmy się na rogu ulicy, ujrzymy bardzo ciekawe widowisko. Po chwili rozległy się piskliwe tony piszczałek, cymbałki i ogłuszające dźwięki instrumentu „tam-tam“. Była to orkiestra, poprzedzająca wehikuł cesarza i grająca hymn narodowy. Tekst hymnu przesadnie wychwalał władcę Chin — „smoka niebios“. Autorem tej muzyki miał być cesarz Hing-Cza, panujący 700 lat przed Narodzeniem Chrystusa. Za orkiestrą, niesiony we wspaniałej lektyce, ukazał się cesarz, czyli Tien-Tse — syn niebios, witany dzikiemi okrzykami tłumu. Gdy orszak zginął za zakrętem ulicy, William i Brown przeszli most, łączący ląd z wyspą Hong-Kong i wkrótce znaleźli się w mieszkaniu pewnego angielskiego kupca, przyjaciela Browna. Kupiec zatrzymał ich u siebie przez parę dni w gościnie i pokazywał wszystkie osobliwości Kantonu. Przechadzając się nad brzegiem rzeki, zobaczyli Chińczyka, który karmił rybami kilka pelikanów. Ujrzawszy cudzoziemców, Chińczyk chwycił za sznurki, ścisnął niemi gardła pelikanów i wydał głośny przenikliwy świst. Na to hasło pelikany zaraz skoczyły do wody i zginęły w jej głębiach. Po chwili zaczęły się wynurzać z rzeki, niosąc w dziobach lśniące ryby. Chińczyk gwizdnął: pelikany pooddawały mu zdobycz i na rozkaz pana znów zanurzyły się w wodzie. Po pewnym czasie na dnie łodzi było sporo mniejszych i większych ryb. Gdy ptaki się zmęczyły i nie chciały nurkować, srogi Chińczyk zaczął je bić kijem bambusowym, zmuszając do dalszej pracy; pozwolił im odpocząć dopiero wtedy, gdy miał prawie pół łódki ryb. Zdjąwszy kapelusz, poprosił widzów o pieniądze. — Wielmożni! — zawołał. — Czyście widzieli kiedy takie mądre ptaki? Ponieważ są bardzo żarłoczne, ścisnąłem im gardła powrozami, żeby nie jadły złowionej zdobyczy. Teraz, w nagrodę za pracę, dam im cząstkę połowu. To mówiąc, odwiązał ptakom z szyi sznurki i rzucił im kilkanaście małych rybek, które pelikany połknęły w mgnieniu oka. Wieczorem kupiec wybrał się z gośćmi do teatru chińskiego. Zaledwie jednak uszli kilkadziesiąt kroków od domu, dały się słyszeć na ulicach przeraźliwe krzyki: — Tajfun! Tajfun! Na dźwięk tego strasznego wyrazu wszyscy ludzie, znajdujący się na ulicach, uciekali do najbliższych domów i kryli się pod dachem. Zamykano drzwi, okna; kto żyw, chował się w najodleglejszych kątach mieszkania. Brown i William powrócili śpiesznie do domu kupca, który również pozamykał drzwi i okiennice. Zaledwie to uczynił, na ulicy zahuczał straszliwy wicher. Pęd wiatru był tak mocny, że cały domek drżał w swych posadach. Tymczasem tajfun dął przeraźliwie, huczał, świszczał, niszcząc wszystko, na co po drodze natrafił. Przez szczeliny w okiennicach było widać tumany kurzu, kłębiące się na ulicy: straszny wicher porywał deski, szyldy i inne drobne przedmioty, miotając niemi o ściany i dachy domów. Nasi znajomi bladzi i drżący z przerażenia siedzieli w kątku pokoju i w najwyższej obawie czekali końca burzy. Szczęściem, tajfun tym razem nie szalał długo; po kwadransie wichura zaczęła się uspokajać, wreszcie burza szczęśliwie przeszła. Po godzinie, gdy się niebo wypogodziło, Brown i William wyszli na miasto, gdzie mogli oglądać ślady zniszczenia, sprawionego przez groźną trąbę powietrzną. Na ulicach leżały porozrzucane rozmaite szyldy sklepowe, lampjony, porujnowane kramy. Niektóre domki tak były uszkodzone, że groziły zawaleniem. Rozkołysana wichrem woda w rzece garbiła się od wielkich fal, zalewających brzegi. Wiele czółen roztrzaskało się, a rodziny, mieszkające na nich, poginęły lub, zdoławszy uratować życie, zostały nędzarzami. Groźny tajfun pozbawił całkowitego mienia wielu rolników; pola, sady, plantacje ryżu były doszczętnie zniszczone. W sadach owocowych wiele drzew leżało powyrywanych z korzeniami. IV. Wróciwszy do Pekinu, William zajął się pracą biurową, w wolnych zaś chwilach czytywał pożyczoną od Browna bardzo zajmującą książkę, w której szczegółowo była opisana historja Chin i rozmaite obyczaje Chińczyków, panujące w owych czasach. Z tego dzieła William dowiedział się, że cesarz chiński jest uważany przez naród za pośrednika między bogami i ludem. Z tej przyczyny lud otacza go najwyższą czcią i obdarza najwznioślejszemi tytułami. Na urzędowych papierach zwą cesarza Hwang-Ti albo Hwang-Sang, co znaczy najmiłościwszy pan. Prócz tego cesarza zwie się jeszcze Tien-Tse, czyli syn niebios lub Tang-Kiu-Fohi — to jest Budda (bóg) dzisiejszego dnia. Dworzanie witają go okrzykiem Wan-Sai-Jeb — panie dziesięciu tysięcy lat! Cesarz zaś mówi o sobie „szeu“, czyli my albo kwa-jim, czyli książę, pan. Wszechmocny władca Chin jest głową kościoła, panem całego państwa. Ma władzę życia i śmierci nad poddanymi, ale rzadko kiedy bywa samowolny i okrutny. Znak cesarski — to smok pięciogłowy, którego złocona rzeźba ozdabia tron cesarski. Otoczony licznym dworem, składającym się z kilku tysięcy osób, cesarz prowadzi życie bardzo czynne i pracowite. W zimie i w lecie wstaje zazwyczaj o trzeciej godzinie po północy. Spożywszy pierwsze śniadanie, udaje się do jednej ze swych świątyń i tam, na osobności czyni praktyki religijne. Następnie odczytuje sprawozdania gubernatorów, którzy codziennie powiadamiają go o stanie całego państwa. O siódmej z rana, przy śniadaniu, w towarzystwie ministrów rozpatruje najważniejsze sprawy dnia, poczem udaje się do sali przyjęć i przebywa tam do godziny jedenastej. Po parogodzinnym odpoczynku zasiada do obiadu między godziną trzecią a czwartą, poczem przechodzi do swego gabinetu. Tam pracuje do wieczora i o zachodzie słońca udaje się na spoczynek. Cesarz opuszcza pałac tylko wtedy, gdy odwiedza groby swych przodków. W dawniejszych czasach ulubioną zabawą władców chińskich były łowy, odbywające się w olbrzymich lasach, w górzystej prowincji Kirynu. Najwyższą cześć po cesarzu odbiera cesarzowa. Tytułowana jest Hwang-han, to jest cesarzowa, lud zaś nazywa ją Kwah-chu, czyli matką państwa. Cesarz przebywa stale w starożytnym pałacu, siedzibie swych przodków, wybudowanym wraz z rozpoczęciem ostatniej dynastji, t. j. królewskiego rodu w roku 1644. Pałac ten znajduje się o 400 kroków od zachodniej bramy Pekinu i nosi rozmaite nazwy, a mianowicie: gmach posłuchania, złoty pałac, cynobrowa (czerwona) aleja, różowe sklepienie, pałac purpurowy albo zakazany, złote lub niebieskie wschody i t. d. Komnaty cesarskie mają 35 łokci długości, dziesięć szerokości; w środku pałacu znajduje się sala tronowa. Podwoje w pałacu przez cały rok stoją otworem; w zimie zawieszone ciężkiemi kotarami, w lecie zaś przezroczemi zasłonami, zrobionemi z cienkich bambusowych gałązek, przewiązanych barwnemi jedwabnemi nićmi. W tronowej sali wznosi się wysoki tron, powleczony czarną jedwabną tkaniną, na której są wyszyte smoki. William przekonał się, że współczesne mu obyczaje synów „niebieskiego państwa“ wielce się różnią od europejskich. To, co w Europie bywa uważane za rozsądne i słuszne, u Chińczyków nosi często miano niemądrego i godnego nagany. Ugrzeczniony Chińczyk wypytuje się zwykle Europejczyka o jego osobiste stosunki, coby się uważało w Europie za wielką niegrzeczność. Przeciwnie, Chińczyk bardzo się obraża, gdy go pytać o zdrowie rodziny. Gdyby potem żona lub dzieci zaniemogły, zabobonny Chińczyk czułby urazę do Europejczyka, że rzucił czary na jego rodzinę. Przy powitaniu Chińczyk nie podaje ręki, lecz zamiast tego objawu grzeczności, ściska swe własne dłonie. Gdy chce komu okazać przyjaźń lub szacunek, sadza go przy sobie z lewej strony; chcąc zaś pochlubić się pracowitością dzieci, pokazuje gościowi kilka desek, które dzieci wyheblowały na jego trumnę. Chińczycy, zarówno mężczyźni jak kobiety, ubierają się jednakowo, noszą parasole i wachlarze. Oznaką rozmaitych godności mandarynów są barwne guzy na kapeluszu i wyszyte złote ptaki na przodach i tyłach kaftanów. Chińskie książki pisane są zupełnie naopak: kończą się tam, gdzie się u nas zaczynają; są pisane prostopadle, bardzo gęsto; tytuł książki nie znajduje się na pierwszej stronie, ani na grzbiecie, lecz na jej brzegach. Dlatego też Chińczycy nie stawiają książek rzędami, lecz kładą jedną na drugiej. Chińczyk tytułuje się najpierw imieniem rodziny, potem swojem własnem i przy wymienieniu nazwiska dodaje wszystkie tytuły, jakie posiada. Jeździec siada na konia z prawej strony; w szkole nauczyciel siedzi w kącie klasy, uczeń odpowiadający staje do nauczyciela tyłem; za przesyłkę listu płaci ten, kto list otrzymuje. Gdy kto z rodziny umrze, powiada się o nim, że jego imię połączyło się z duchami, że „stał się drogim przodkiem“, że „wrócił do krainy cieniów“, że „jest sługą bogów“ lub „że wyruszył w daleką drogę“. Chiński pogrzeb jest daleko weselszy i huczniejszy od naszego wesela. Na pogrzeb otrzymują zaproszenia wszyscy krewni i znajomi nieboszczyka wraz ze swemi rodzinami. Często cały dom nie może pomieścić gości pogrzebowych; wówczas sąsiedzi zapraszają uczestników „zabawy“ do swych mieszkań. Stoły uginają się pod obfitością pokarmów i napojów; przy uczcie panuje niezwykła wesołość, przed domem palą się wtedy ognie bengalskie. Chińczycy wierzą, że złe duchy nieustannie czyhają na ludzkie dusze, a zwłaszcza na dusze zmarłych, że usiłują przedostać się do wnętrza domu i do trumny nieboszczyka. Żeby ich odstraszyć, palą ognie bengalskie, grób zaś okładają rakietami. Częstokroć, żeby uratować duszę zmarłego od napaści złych duchów, używają następującego bardzo śmiesznego sposobu: wedle podań, złe duchy lecą zawsze przed trumną, żeby uprzedzić orszak pogrzebowy i osiedlić się zawczasu w przygotowanym grobie. Z tej przyczyny, ludzie, niosący nieboszczyka, bardzo śpiesznie podążają na cmentarz. Po drodze, chcąc zwieść złe duchy, skręcają w pierwszą boczną ulicę i odstraszają je zapalonemi rakietami. Przerażone strzałami biedne złe duchy zostawiają duszę zmarłego w spokoju i uciekają tam, gdzie pieprz rośnie. Podczas swego pobytu w Pekinie, William był świadkiem bardzo wielu pogrzebów, z których najpokaźniejszym był pogrzeb jakiegoś wielce poważanego mandaryna. Orszak pogrzebowy składał się co najmniej z 5000 osób. Na przodzie kroczył szereg znacznych urzędników we wspaniałych szatach. Nieśli oni setki jedwabnych i aksamitnych wstęg, opatrzonych napisami, wychwalającemi cnoty i zasługi zmarłego. Za nimi postępowało tysiąc żołnierzy w niebieskich, zielonych, czerwonych i fioletowych strojach. Podczas pogrzebu padał duży deszcz, więc dzielni wojacy nieśli nad sobą parasole. Żałobny wóz miał kształt smoka, który rozwarł szeroko paszczę; poprzedzało go ze stu trębaczy, odzianych w barwne stroje. Niektórzy Chińczycy, trzymając się ściśle religijnych przepisów, przez bardzo długi czas opłakują swych zmarłych i częstokroć czynią śluby, zagrażające ich zdrowiu, a nawet życiu. W ostatnich dniach pobytu Williama w Chinach umarła w Kin-Kiangu jakaś staruszka; ciało jej złożono na cmentarzu, znajdującym się na wzgórzu, w pobliżu miasta. Syn jej oświadczył, że przez trzy lata zachowa smutek po matce i przez cały ten przeciąg czasu ani na chwilę nie opuści jej grobu. Krewni i znajomi za wspólną zgodą postanowili starać się o utrzymanie go przy życiu. Przynosili mu więc codzień trochę jadła i napojów. Ażeby go ochronić przed wiatrem i deszczem, wystawiono nad nim szałas, pokryty słomianym daszkiem. Ofiara przesądu przez trzy lata wcale się nie myje, nie zmienia bielizny i odzieży, śpi na tej samej słomie, służącej za posłanie, i nie opuszcza szałasu. Co dziwniejsza, chłopiec ten postanowił milczeć przez trzy lata. Codziennie też palił wonne zioła na ofiarę duchowi światła. Jeśli zdoła przeżyć w ten sposób trzy lata, mieszkańcy miasta urządzą na jego cześć wielką uroczystość. W otoczeniu wysokich urzędników „bohater“ będzie wprowadzony do miasta, gdzie cesarz odznaczy go gwiazdą i obdarzy znacznym urzędem. Chińczycy bardzo czczą swych bogów i nigdy o nich nie zapominają. Podczas rodzinnych świąt każdy dom jest ozdobiony mnóstwem różnobarwnych lampjonów, które płoną przez całą noc. Przed domem stoi wielki stół, na nim rozstawione misy z rozmaitemi potrawami. Przy nich leżą małe widełki, przeznaczone dla bogów do kosztowania potraw. Goście, obstąpiwszy stół dookoła, w poważnem milczeniu przysłuchują się dźwiękom muzyki, która ma bogom uprzyjemniać wieczerzę. Chociaż potraw wcale nie ubywa, Chińczycy wierzą, że bogowie są obecni i posilają się przygotowanem jadłem. Po pewnej chwili najstarszy członek rodziny oświadcza obecnym, że bogowie już zaspokoili głód i resztę pokarmów przeznaczają dla gości. Synowie „niebieskiego państwa“, nie dając sobie tego dwa razy powtórzyć, tak ochoczo zabierają się do jedzenia, że po kilku chwilach miski są już zupełnie opróżnione. Gdy Chińczycy proszą o co swego bożka, a prośba ich się nie spełnia, wówczas zdejmują go z ołtarzyka, biją i kopią nogami, krzycząc: — Toś ty taki! Ja cię kazałem pozłocić, daję ci przytułek w swym domu, stawiam w drogim ołtarzyku, codzień cię karmię i znoszę ci z miasta różne łakocie, okadzam cię kadzidłem, a ty, niewdzięczniku, nie chcesz wysłuchać mojej prośby? I, chwyciwszy bożka za złoconą głowę, wynosi na ulicę i rzuca w błoto. Jeśli po pewnym czasie prośba się spełni, wówczas Chińczyk wyciąga bożka z błota, obmywa go, stawia zpowrotem w ołtarzyku i, upadłszy przed nim na kolana, woła: — Łaski, najdroższy bożku! Widzę, żem się niepotrzebnie pokwapił z wyrządzeniem ci niesłusznej krzywdy. Lecz przyznaj, żeś sam zawinił, kazawszy tak długo czekać na spełnienie mej prośby. Bądź jednak lepszy ode mnie i zapomnij o tem, co się stało, ja zaś postaram się przebłagać cię gorącemi modłami i smacznemi łakociami. V. Pan Brown używał do posług młodego Chińczyka imieniem Hi-fung. Był to chłopiec bardzo cichy, porządny, pilny i ściśle wykonywający wszystkie zlecenia. Państwo Brown byli z niego bardzo zadowoleni, a William, polubiwszy Hi-funga, zaczął go uczyć czytać i pisać po angielsku. Pewnego razu wziął go z sobą na zwykłą przechadzkę po mieście. Skromny Hi-fung postępował ztyłu za Williamem, wreszcie na usilne nalegania swego pana zrównał się z nim i zaczął mu opowiadać wiele szczegółów z życia Chińczyków. Przechadzali się po mieście, wreszcie wyszli na brzeg rzeki. Hi-fung, chcąc się lepiej przypatrzeć tysiącom małych rybek, żerujących przy brzegach rzeki, stanął na stromym w tem miejscu brzegu. Wtem obsunęła mu się noga: krzyknął i zaczął się staczać do rzeki. Napróżno chwytał się wystających kamieni i korzeni nadbrzeżnych krzaków, które się łamały pod palcami jego dłoni. Jeszcze raz wydał rozpaczny krzyk i wpadł do wody. Fale się rozprysnęły i zawarły nad głową ofiary. William zdrętwiał z przerażenia, a przechodnie, świadkowie wypadku poszli dalej obojętni, nie myśląc wcale o ratowaniu biedaka. W zabobonności swej sądzą, że gdy człowiek tonie, jego zły duch unosi nad powierzchnią wody i czyha na tych, co ratują tonącego, chwyta ich za włosy i wciąga w głębiny rzeki. Nieszczęśliwym trafem wpobliżu nie było żadnego czółna. Po chwili Hi-fung wynurzył się z głębin, wyciągnął ręce do góry i borykał się ze śmiercią. William, ochłonąwszy z przerażenia, postanowił ratować biednego Chińczyka. Szybko zdjął z siebie ubranie i buty i skoczył do wody. W tej samej chwili Hi-fung znów się ukazał na powierzchni rzeki. Dzielny William, dopłynąwszy do tonącego, schwycił go za warkocz i zaczął płynąć do brzegu. Ponieważ w tem miejscu brzeg był skalisty i stromy, William popłynął dalej i dostał się szczęśliwie na ląd, wlokąc za sobą nieprzytomnego Hi-funga. Otoczyła ich ciekawa gawiedź i głośno wychwalała śmiały czyn dzielnego cudzoziemca. Lecz William, nie zwracając na nich żadnej uwagi, zajął się ratowaniem towarzysza. Położył go na brzegu, twarzą do ziemi, żeby ułatwić wycieknięcie wody z płuc; potem zaczął rozcierać jego ciało w celu przywrócenia prawidłowego krążenia krwi. Po kwadransie Hi-fung odzyskał przytomność, otworzył oczy i rzekł: — Gdzie jestem? Co się ze mną stało? — Wpadłeś do wody, — odparł William — leż spokojnie. — Kto mię wyratował? — zapytał Hi-fung. William nie odpowiedział. Lecz Hi-fung, ujrzawszy, że William jest rozebrany i bielizna jego ocieka wodą, zrozumiał wszystko. Uklęknąwszy przed swym wybawcą, ucałował jego ręce i rzekł: — Hi-fung dziękuje szlachetnemu panu za jego dobroć. Szlachetny pan z narażeniem życia uratował go od śmierci, Hi-fung będzie błagał bogów, żeby mu pozwolili dożyć tej chwili, w której spłaci dług wdzięczności. — Powstań, przyjacielu! — odparł William — i nie dziękuj mi za taką drobnostkę. Podźwignął z ziemi Hi-funga i, przekonawszy się, że młody Chińczyk może już iść o własnych siłach, ruszył do tego miejsca, gdzie zostawił swą odzież. Ubrawszy się, poszedł z Hi-fungiem do domu. Otoczeni tłumem ciekawych, doszli wreszcie do mieszkania pana Browna. — Co się wam przytrafiło? — zawołał zdziwiony Brown. — Na Boga! Jesteście zupełnie przemoczeni! — Hi-fung wpadł do rzeki! — odparł William. — A szlachetny pan uratował mię od śmierci — dodał Chińczyk, patrząc z wdzięcznością na Williama. — Udaj się do swej izby! — rzekł pan Brown. — Połóż się do łóżka i okryj się kołdrą. — Każę ci przysłać gorącej herbaty. Wam zaś — zwrócił się do Williama — radziłbym to samo uczynić. Lecz William nie chciał się zgodzić na propozycję przyjaciela. — Nic mi się nie stanie! — odparł wesoło. — Letnia kąpiel nie jest wcale szkodliwa. Zmienię bieliznę, włożę inny garnitur i skorzystam z grzeczności pani Brown, która mię poczęstuje filiżanką gorącej aromatycznej herbaty. — Pośpieszę ją o wszystkiem zawiadomić — rzekł pan Brown. — Czekamy więc na pana. Po półgodzinie William już siedział w jadalnym pokoju państwa Brown i ze smakiem popijał herbatę; Hi-fung zaś, rozgrzawszy się gorącym napojem, usnął twardo i wstał nazajutrz jak najzdrowszy. VI. W tydzień po wyżej opisanym wypadku, pan Brown i William siedzieli w kancelarji, zajęci pracą. Brown odczytywał otrzymane listy z prowincji. Nagle zerwał się z krzesła i krzyknął. — Co się stało? — spytał zdumiony William. — Czytajcie! — odparł zmienionym głosem pan Brown i podał mu list. William przebiegł oczyma treść pisma. Anglik, mieszkający w jednem z mniejszych miast chińskich, oznajmiał konsulowi, że w okolicach miasta wybuchły groźne rozruchy. Podburzony przez kapłanów i mandarynów lud powstał przeciw chrześcijanom, napadł na ich domy i uśmiercił kilka tysięcy kolonistów angielskich. Autor listu błagał konsula o najrychlejszą pomoc. — Srogo ukarzę tych zbrodniarzy! — zawołał pan Brown, drżąc z oburzenia. — Zaraz wyślę do Londynu depeszę i zażądam, żeby wysłano na wody chińskie kilka wojennych okrętów, które potrafią ukrócić cugle tym dzikim rozbójnikom. To rzekłszy, siadł przy biurku i napisał depeszę, którą William kazał odnieść do biura telegraficznego. Tego wieczora w domu państwa Brown nie mówiło się o niczem innem, tylko o wzburzeniu Chińczyków. Konsul twierdził, że z chwilą, kiedy angielskie okręty ukażą się na wodach chińskich, Chińczycy, drżąc przed potęgą Anglji, wnet się ukorzą i zaprzestaną rozbojów. — Angielska marynarka jest bardzo silna, — odezwała się pani Brown — lecz, niestety, znajduje się daleko. Zanim dopłynie do Chin, rozszalały lud wytnie wszystkich Anglików. — Jeśli powstanie wybuchnie w Pekinie, czy zdołamy się obronić? — spytał William. Pan Brown zacisnął pięści. — Cóż to za nieszczęście, — zawołał — że prócz kilku oddziałów artylerji, nie mamy tu więcej wojska! Pokazalibyśmy tym nędznikom, co może zbrojna potęga Wielkiej Brytanji. W każdym razie nie przypuszczam, żeby powstanie mogło wybuchnąć w stolicy chińskiego państwa. Władze chińskie wiedzą o tem, że w razie wzburzenia czeka ich wielka odpowiedzialność przed rządem angielskim. Nie zwłócząc, udam się nazajutrz do gubernatora Pekinu i zażądam, żeby rozkazał wojsku otoczyć domy Anglików i strzec ich przed napaścią dzikiej tłuszczy. Dodam przytem, że jeśli nie spełni ściśle mego żądania, srogo odpowie za to przed Anglją. Nazajutrz pan Brown udał się do gubernatora i prosił go o wydanie rozkazów otoczenia chrześcijańskich domów wojskiem i natychmiastowego karania śmiałków, którzyby się odważyli z bronią w rękach napaść na Europejczyków. Gubernator odparł, że wyda odpowiednie rozkazy i oświadczył, że, będąc przyjacielem Europejczyków, nie pozwoli im uczynić najmniejszej krzywdy. Znacznie uspokojony powrócił pan Brown do domu i powtórzył żonie i Williamowi odpowiedź gubernatora. Tegoż dnia otrzymał z Londynu depeszę, głoszącą, że kilka pancerników, czyli dużych okrętów wojennych, wraz z wielką liczbą wojska wyjeżdża do Chin. Od owego dnia upłynęło dwa tygodnie. Przez ten czas pan Brown nie otrzymał od swych pomocników żadnej niepokojącej wiadomości. Przypuszczano, że chińskie wojsko, wysłane do wzburzonych prowincyj, zażegnało powstanie. Państwo Brown i William cieszyli się z tego wielce. — Groziło nam wielkie niebezpieczeństwo, — mówił Brown — ale, na szczęście, już minęło. Sądzę, że wysłane na pomoc okręty wrócą z drogi do Anglji. Droga morzem z Londynu do Chin trwa przy sprzyjających okolicznościach dłużej, niż miesiąc, zanim nasze okręty przybędą, Chińczycy już się uspokoją. VII. Rok się zbliżał ku końcowi. W „niebieskiem państwie“ panował zupełny spokój. Zdawało się, że Chińczycy zupełnie zapomnieli o swych burzycielskich zamiarach. W grudniu cesarz chiński wyruszył w podróż. Otoczony olbrzymią świtą, do której należał także gubernator Pekinu, opuścił stolicę. Zarząd miastem został powierzony mandarynowi Czi-wung. Pan Brown był nierad z wyjazdu cesarza, obawiał się bowiem, że w razie wzburzenia Chińczyków, Czi-wung nawet przy pomocy wojska, nie zdoła obronić Europejczyków od napaści ludu. William był tego samego zdania. Wyczekując przybycia angielskiej floty, niepokoił się coraz bardziej i wyrzucał sobie, że tak lekkomyślnie opuścił ojczyznę, gdzie rodzice tak się troszczą o jego życie. Pewnego wieczora wyszedł na swą zwykłą przechadzkę. Przy wyjściu z domu spotkał się z Hi-fungiem, który szepnął, że ma mu coś ważnego do powiedzenia. — Co mi powiesz? — spytał William. Lecz Hi-fung nie odpowiedział. Obejrzawszy się trwożliwie dookoła, położył palec na ustach i szepnął: — Panie, chodźcie ze mną do mieszkania. William, dziwiąc się tej tajemniczości Hi-funga, uczynił zadość jego prośbie. Gdy weszli do mieszkania, Hi-fung zamknął drzwi, zbliżył się do Williama i wyszeptał: — Panie, chrześcijanom w Pekinie grozi wielkie niebezpieczeństwo! — Jakie niebezpieczeństwo? — spytał strwożony William. — Czy nie nowe powstanie? — Tak jest — potwierdził sługa. — Czyż to prawda? — spytał William, patrząc badawczo na Hi-funga. Hi-fung rozejrzał się po pokoju. Naraz chwycił porcelanową wazę, stojącą na kominku i zawołał: — Jeślim skłamał, niech pęknie moje serce na drobne kawałki jak ta misa. I rzucił wazę na ziemię. William już nie wątpił o prawdziwości słów Hi-funga. — W jaki sposób dowiedziałeś się o tem wszystkiem. — Przechodząc koło pobliskiego sklepu, podsłuchałem rozmowę dwóch rodaków, którzy mówili, że dziś wieczorem będzie urządzony napad na mieszkania Europejczyków. Wojsko przyłączyło się do powstańców i nie będzie wcale broniło chrześcijan. — Dziękuję ci za tę wiadomość — rzekł William i pośpieszył do mieszkania konsula. Państwo Brown, dowiedziawszy się, co ich czeka, niezmiernie się przelękli. — Idę do mandaryna Czi-wunga i zażądam, żeby otoczył wojskiem wszystkie domy chrześcijan! — rzekł pan Brown. — Nie wiem, czy to się na co przyda! — zauważył William. — Gdy wojsko trzyma stronę powstańców, rozkazu mandaryna nikt nie usłucha. — Ach Boże, co się z nami stanie! — jęknęła zrozpaczona pani Brown. — Sądzę, że będzie najlepiej, gdy się ukryjemy w jakiem bezpiecznem miejscu — radził William. Państwo Brown zgodzili się na tę radę. Zebrali naprędce kosztowności, pieniądze i, uzbrojeni w rewolwery, wyszli na miasto. — Idźmy wolno! — radził William — i nie okazujmy zbytniego przestrachu. Wydostawszy się z miasta, znajdziemy może jaką bezpieczną kryjówkę, tam przeczekamy najgroźniejszą chwilę. Poprzedzani przez Hi-funga, Anglicy zaczęli mijać ulicę za ulicą. William wstąpił po drodze do kilku Anglików i uprzedził ich o grożącem niebezpieczeństwie. Nareszcie doszli do bramy miasta, lecz oblicza ich pobladły z trwogi: brama była zamknięta, straże nie wypuszczały nikogo. Hi-fung pobiegł do innych bram, lecz i tamte były szczelnie pozamykane. — Boże! Jesteśmy zgubieni! — zawołała drżącym głosem pani Brown. — Co czynić? Co czynić? — Wracajmy do domu — rzekł konsul. — Zatarasujemy drzwi i będziemy się bronili. William pośpieszył za nimi, lecz nie wrócił do domu: postanowił uprzedzić jeszcze kilku współziomków. Hi-fung chciał mu towarzyszyć, lecz William zmusił go, żeby szedł za państwem Brown i w razie potrzeby, bronił ich życia. — Bądźcie spokojni! — uspokajał przyjaciół. — Wrócę niebawem, a potem — zginę wraz z wami — dodał ciszej. Rzekłszy te słowa, zniknął za rogiem ulicy. Tymczasem słońce już zaszło. Mrok zalewał całe miasto. William, przebiegając szybko ulice, wstępował do mieszkań wielu Anglików, rozkazując im zamykać się i bronić przed napaścią wrogów. Wtem do jego uszu doleciały głośne krzyki. Obejrzawszy się, ujrzał liczny oddział chińskich żołnierzy, wymachujących nożami i bambusowemi tykami. — Źle ze mną! — szepnął wystraszony i zaczął uciekać do domu. Lecz już go spostrzeżono. Kilku żołnierzy z głośnym krzykiem popędziło za nim. Strach przed śmiercią dodawał nogom Williama siły i sprężystości: po pewnym czasie znacznie wyprzedził swych prześladowców. Nareszcie ujrzał dom konsula i po chwili już stanął przy drzwiach. — Otwórzcie! — krzyknął z całych sił. Hi-fung otworzył drzwi, a gdy William wśliznął się do wnętrza, zatarasował wejście. — Powstanie już wybuchło! — zawołał William, wbiegając do pokoju, gdzie stali państwo Brown przy stole, na którym leżały strzelby, rewolwery i naboje. Groźny krzyk Chińczyków, rozlegający się przed domem, potwierdził jego słowa. Konsul zbladł, pani Brownowa dygotała z przerażenia. — Jesteśmy zgubieni! — szeptała przez łzy. — Nie traćmy odwagi! — zawołał William. — Będziemy się bronili do ostatniej kropli krwi. — Panie Brown! — dodał. — Bierzcie za broń i stańcie obok mnie przy oknie. Baczność! Chińczycy śmiało dobijali się do wrót. Nagle huknęły dwa wystrzały: dwóch Chińczyków padło z jękiem na ziemię. Reszta, przerażona nieoczekiwaną salwą oblegających, cofnęła się o kilkadziesiąt kroków. Naraz w oddali rozległy się dźwięki trąb. Na rogu ulicy ukazały się setki Chińczyków, niosących na wysokich bambusowych drążkach różno-barwne lampjony. — Cesarz! cesarz! — poczęli wołać powstańcy i rozbiegli się w nieładzie na wszystkie strony. Ujrzawszy orszak cesarski, nasi znajomi odetchnęli. — To prawdziwa pomoc w sam czas! — zawołał pan Brown. — Obecnie już niema obawy. Cesarz nie pozwoli, żeby się nam stała krzywda. Noc upłynęła w zupełnym spokoju. Nazajutrz pan Brown otrzymał depeszę, że angielska flota zarzuciła kotwice w porcie Peczili. Na okrętach znajdowało się tysiąc żołnierzy i kilkanaście dział. Pan Brown udał się do gubernatora i oznajmił mu, że podczas jego nieobecności chrześcijanie byli narażeni na utratę życia. Ukazawszy mu depeszę, zażądał przykładnego ukarania samowolnych. Wystraszony mandaryn obiecał, że natychmiast uczyni zadość jego żądaniom. Tego jeszcze dnia pan Brown pojechał z Williamem do nadbrzeżnego miasta, tam wszedł na łódź admiralską i popłynął na okręt, gdzie był bardzo mile przyjęty. Gubernator chiński tak srogo ukarał powstańców, że ci raz na zawsze wyrzekli się dalszych napadów na chrześcijan. Państwo Brown jednak i William, zniechęciwszy się do życia w „niebieskiem państwie“, postanowili powrócić do Anglji. Władza przyjęła ich prośby przychylnie, pan Brown otrzymał w Londynie wysoki urząd. William został jego pomocnikiem. Bardzo się cieszył, ujrzawszy rodziców, którzy byli niezmiernie radzi, że się doczekali powrotu syna; zdziwili się bardzo, zobaczywszy wraz z nim młodego Chińczyka. Hi-fung bowiem nie chciał opuścić swego pana i przywędrował z nim do Europy. Nowe fakty: tak Chiny inwestują w europejskich portach i podtapiają obronę NATO. Do europejskich portów w Gdyni, Rotterdamie i Antwerpii-Brugii trafiają amerykańskie wojska oraz broń, kluczowe dla obrony wschodniej flanki NATO. Jednocześnie rośnie w nich obecność chińskich firm, których cele gospodarcze niepokojąco splatają się Były sobie trzy japonki: Cypka, Cypka Rybka, Cypka Rybka Rompomponi Było sobie trzech chińczyków: Jaksy, Jaksy-draksy, Jaksy-draksy Droni Pobrali się. Jaksy z Cypką. Jaksy-draksy z Cypką Rybką. Jaksy-draksy Droni z Cypką Drypka Rompomponi. Mieli dzieci. Jaksy z Cypką - Szacha. Jaksy-draksy z Cypką Rybką - Szanszaracha. Jaksy-draksy Droni z Cypką Rybką Rompomponi Szanszarachadroni. Dusia28 Newbie Odpowiedzi: 2 0 people got help

Początkowo słowo to było wymawiane przez Chińczyków jako channa, a po skróceniu jako chan. Samo pojęcie chan nie powstało od razu i właściwie weszło do powszechnego użycia na określenie medytacyjnej szkoły buddyzmu chińskiego dopiero w IX wieku. Początkowo częstym określeniem tej szkoły był termin xinzong, czyli doktryna

Trzej muszkieterowie (plus d’Artagnan – swoją drogą, zawsze mnie ciekawiło, czemuż to on, w końcu główny bohater powieści, w tytule nie został uwzględniony) byli dla mnie zawsze symbolami przyjaźni – i to wrażenie powtórka po latach potwierdziła – oraz rycerzami bez skazy, którzy w obronie swego honoru, króla i kobiety wyciągną szpadę i pojedynkować się będą do upadłego. To wrażenie teraz rozwiało się niczym kurz na gościńcu, którym zmierzał do Paryża młody gaskoński szlachcic. D’Artagnan, gdyż o nim mowa, jechał do stolicy, by zaciągnąć się na służbę do muszkieterów królewskich. W drodze zdarzyło mu się zadrzeć z człowiekiem z blizną, ujrzeć w przelocie blond piękność i utracić list polecający do dowódcy muszkieterów, pana de Treville. W jego też pałacu nadepnął na odciski trzem walecznym kompanom: Atosowi, Portosowi i Aramisowi. Potem, jak chyba wszystkim wiadomo, był potrójny pojedynek zakończony zawarciem dozgonnej przyjaźni, masa innych walk na szpady, zadarcie z potężnym kardynałem Richelieu, parę romansów, sieć intryg oraz szaleńcza wyprawa do Londynu. Powieść Dumas dzieli się na dwie części: pierwsza jest spójną i dość dynamiczną historią pierwszych kroków d’Artagnana w wielkim świecie, zwieńczoną eskapadą po spinki królowej Anny Austriaczki, druga natomiast snuje się najpierw wokół prób zdobycia ekwipunku na wyprawę wojenną i niemrawych starań wykrycia porywaczy ukochanej d’Artagnana, potem wyczynów militarnych, by wreszcie skupić się na losach Milady, owej tajemniczej blondynki, którą Gaskończyk dostrzegł na początku swej wyprawy do Paryża. Sceny finałowe melodramatyzmem nie przebijają co prawda zgonu Stefci Rudeckiej, niebezpiecznie jednak się do tego ideału zbliżają. Na szczęście Dumas dorzucił tu i ówdzie epizod niemal heroikomiczny, jak śniadanie w bastionie Świętego Gerwazego, albo wdał się w analizę charakterów służących i ich stosunków z chlebodawcami, pokazując, że nie było mu obce poczucie humoru. Do skrzyżowania szpad każdy pretekst jest dobry (ilustr. Jerzego Skarżyńskiego). Autor nie wpadł też na pomysł, by swoich bohaterów uczynić herosami bez skazy. Wręcz przeciwnie, obdarzył ich całą masą cech mocno sprzecznych ze stereotypowym wyobrażeniem szlachetnych szermierzy honoru. Bo i ten honor często pojmują nader pokrętnie – w myśl zasady, że jeśli chcemy się z kimś pojedynkować, to za pretekst wystarczy byle głupstwo. Poza tym Portos jest próżny i z jego poczuciem honoru nie kłóci się żerowanie na uczuciach starszej kobiety, d’Artagnan – ponoć szaleńczo zakochany w pani Bonacieux – w ramach poszukiwań porwanej kochanki najpierw uwodzi pokojówkę, by zdobyć dostęp do jej pani, a potem bez szczególnych szmerów w podświadomości zaczyna sypiać również z Milady. Aramis to cicha woda, wygląda na takiego, co to „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. Najlepiej na ich tle wypada Atos: co prawda za dużo pije, ale przynajmniej ma porządny powód, by zalewać robaka. Jego kompani zresztą też za kołnierz nie wylewają. Wynika z tego, że „Trzej muszkieterowie” na pewno nie są umoralniającą powiastką dla dzieci, chociaż w moim pokoleniu, a i pewnie wcześniej powszechnie była chyba czytana w wieku dwunastu czy trzynastu lat. Wtedy walor czysto przygodowy przesłania całą resztę, a górnolotne hasła o obronie honoru wnikają w pamięć, pozostawiając fałszywe wrażenie, że świat opisany przez Dumasa jest czarno-biały: wszyscy albo obrzydliwie szlachetni, albo podli. Tymczasem podła jest wyłącznie piękna Milady (skądinąd najciekawsza postać), ale cała reszta bohaterów również ma rozmaite skazy – może poza panią Bonacieux, której przypadła niewdzięczna rola przeciwwagi dla Milady; rola, która skazała ją na zupełną nijakość. Bez względu jednak na wszystko powieść Dumasa daje masę uciechy, ciut tylko mniejszą niż ta dawna radziecka adaptacja filmowa: Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie, tłum. Joanna Guze, ilustr. Jerzy Skarżyński, Krąg-Officina 1993. (Visited 4 114 times, 32 visits today)
Przed ich pierwszym meczem w Miami O’Neal pozwolił sobie na taką wypowiedź: „Powiedźcie Yao Mingowi: ching-chong-yang-wah-ah-soh”. Powyższa wypowiedź została uznana za rasistowską. W języku angielskim używanie słów „ching-chong” jest oceniane jako przedrzeźnianie Chińczyków lub wyśmiewanie się z ich języka.

Sortuj kategoorię według: Tre¶ci () Popularno¶ci () Daty () Oceny ()Zawarto¶ć aktualnie sortowana według: Daty (Najpierw najstarsze) Były żyły trzy japonki cypka drypka ,cypka drybka rampamponi, byli zyli trzej cyganie jacy dracy ,jacy dracy rampamponi orzenili się jacy dracy z cypkadrypka rampamponi ,jacy dracy z cypk± rampaponi mili dzici jacy dracy z cypka drpka rampaponi .....(wszypkim tempie )A te dzic nazwano jacy dracy pomni cypka drypka poni :)Było sobie trzech chińczyków Jachcy,Jachcy-Cachcy, sobie trzy chinki Scypa,Scypa-Drypa, pobrali się Jachcy z Scyp±,Jachcy-Cachcy z Scypa-Dryp±,jachcy-Cachcy-Droni z Scypa-Dryp± dzieci Jachcy z Scypa mieli Szacha,Jachcy-Cachcy z Scypa-Dryp± mieli Szacha-Dracha,Jachcy-Cachcy-Droni z Scyp±-Dryp±-Rampamponi mieli Szacha-Dracha-Dronijeżeli kto¶ komu¶ co¶, ewentualnie nikt nikomu nic, to ja s±dzę że w±tpięNa wy¶cigach wy¶cigowych wy¶cigówek wy¶cigowych wy¶cigówka wy¶cigowa wy¶cignęła wy¶cigówkę wy¶cigow± numer pięćW czasie suszy Sasza w szeleszcz±cym szyszaku szukał cudzego cedzaka. I co znalazł żelazny rzęch i cóż, że ze Szwecji zardzewiał że aż strach?Struchlały Sasza suszył zęby przed zasuszonym sędziom (oczywi¶cie torochę pominęłam :/)Wróbelek Walerek miał mały werbelek a na tym werbelku był mały felerek. Wróbelek Walerek naprawił werbelek, wróbelek Walerek na werbelku swym grał :)Szedł Sasza such± szos± i rzekł: dziewczyna Zaza wyszła za m±ż za zarz±dzaj±cego zarz±dem, będ±c nie lojalna Jol± b±dĽ lojalna Jol±, mał± Konstantynopolitanczykowianeczk± wyindywidualizowan± z rozentuzjazmowanego tłumu, wła¶cicielk± stołu z powyłamywanymi nogami z leż±cym nań rozrewolwerowanym rewolwerem no i cóż że ze Szwecji no i co¶ że ze Szwajcarii. Lojalna Jola wyindywidualizowała się z rozentuzjazmowanego tłumu, który oklaskiwał przeintelektualizowane i przeraturalizowane dzieło 88 życzeń ( stron)<< Poprzednia [ 1 | 2 | 3 | 4 | 5 ] Je¶li podoba Ci się ta strona wstaw u siebie ten link :

Chiny w kryzysie wieku średniego. Zbyt duża skłonność do oszczędzania Chińczyków wynika nie tylko z zapobiegliwości, lecz także z wąskiego systemu świadczeń społecznych, a także wciąż niezamożnej klasy pracującej, która odkłada zarobki na zakup mieszkania, edukację dzieci czy utrzymanie rodziców w przyszłości
— Tak! Kot, pies, wogóle coś co może drapać lub gryźć, byle tylko było niebezpieczne i parszywe. Chory tygrys najbardziej by pana uszczęśliwił. Nawpół żywy tygrys; mógłby pan się nad nim rozczulać, a potem wtrynić go jakiemuś nieborakowi który od pana zależy, żeby go biedak pielęgnował i niańczył za pana. A jak na tem wyjdzie ów biedak, to pana nic nie obchodzi. Niech go tygrys rozszarpie czy pożre! Nie ma pan krzty litości dla ofiar swego piekielnego miłosierdzia, to się po panu nie pokaże. Czułe pana serce boleje tylko nad tem co jadowite i drapieżne. Przeklinam dzień, kiedy litościwe pana oczy spoczęły na tym człowieku. Przeklinam... — No, no! no, no! — pomrukiwał Lingard pod wąsem. Almayer, który aż się zachłysnął od gadania, odetchnął głęboko i ciągnął dalej: — Tak! Zawsze ta sama historja. Zawsze. Jak tylko sięgnę pamięcią. Chyba pan sobie przypomina? Naprzykład ten zagłodzony pies, którego pan przyniósł na pokład w Bangkoku. Przyniósł go pan własnoręcznie, do licha! Wściekł się na drugi dzień i pokąsał seranga. Nie powie mi pan chyba że pan zapomniał. Najlepszy ze wszystkich pana serangów! Sam pan to mówił, kiedy pan nam pomagał przywiązać go do barjery, chwilę przedtem nim dostał ataków i umarł. Może tak nie było? Wszystko to przez pana... Ten człowiek zostawił dwie żony i mnóstwo dzieci. A wówczas w cieśninie Formozkiej, kiedy pan zboczył z drogi i naraził statek na rozbicie, żeby wyratować kilku Chińczyków z tonącej dżonki? To był także pyszny interes, co? Dwa dni nie minęły, a te psiakrew Chińczyki urządziły panu bunt. Ci biedni rybacy to byli poprostu zbóje. Pan wiedział że to są zbóje, ale podpłynął pan do brzegu wśród burzy, mając ląd od nawietrznej — bo zachciało się panu ich wyratować. Istne szaleństwo! A wiem, że gdyby nie byli łotrami — skończonymi łotrami — nie narażałby pan dla nich statku na rozbicie. Nie narażałby pan życia swych marynarzy — których pan tak kochał — i swego własnego. Czy to nie warjactwo? W dodatku nie postąpił pan uczciwie. Przypuśćmy że byłby pan utonął. Znalazłbym się wówczas w rozkosznem położeniu, sam na sam tutaj z tą pańską adoptowaną córką. Obowiązkiem pana było myśleć przedewszystkiem o mnie. Ożeniłem się z tą dziewczyną, bo pan obiecał zapewnić mi przyszłość, pan wie o tem doskonale. A w trzy miesiące później wyrżnął pan taki wściekły kawał — i to jeszcze dla bandy Chińczyków. Dla Chińczyków! Pan nie ma poczucia moralności. Mógł pan jak nic mnie zrujnować dla tych morderców, tych zbójów! W końcu trzeba ich było wyrzucić za burtę, kiedy zabili kilku ludzi z pana załogi — ukochanej pana załogi! I pan uważa że to jest uczciwe? — No, no! — pomrukiwał Lingard, żując nerwowo niedopałek zgasłego cygara i patrząc na Almayera, który rozbijał się gwałtownie po werandzie. Stary żeglarz przypominał zupełnie pasterza przyglądającego się ulubionej owcy ze swego posłusznego stada, owcy, która rzuca się nań raptem we wściekłym buncie. Twarz miał skłopotaną, pełną gniewu i pogardy, a jednak zlekka ubawioną; był przytem trochę urażony, jakby strojono zeń przykre żarty. Almayer nagle zamilkł; skrzyżowawszy ręce na piersi, pochylił się naprzód i znów zaczął mówić. — Ładnie byłbym wtedy wyglądał! A wszystko dlatego, że pan tak idjotycznie lekceważy swe bezpieczeństwo. Lecz nie miałem o to żalu. Znam pana słabe strony. Ale teraz — kiedy o tem wszystkiem pomyślę! Teraz jesteśmy zrujnowani. Zrujnowani! Zrujnowani! Moja biedna Nina. Zrujnowani! Trzasnął się po udach, zaczął chodzić tu i tam drobnemi krokami, wreszcie chwycił krzesło, postawił je z hukiem przed Lingardem i siadł, wpatrując się posępnie w starego marynarza. Lingard, odwzajemniając niewzruszenie jego wzrok, zapuszczał powoli rękę do różnych kieszeni, wyłowił w końcu pudełko zapałek i wziął się do starannego zapalania cygara; obracał je w kółko między wargami i ani na chwilę nie spuszczał wzroku ze zrozpaczonego Almayera. Wreszcie przemówił spokojnie z za chmury tytoniowego dymu: — Gdybyś bywał w tarapatach równie często jak ja, mój chłopcze, nie zachowywałbyś się w taki sposób. Nie jeden raz bankrutowałem. No i jestem tutaj, jak widzisz. — Tak, jest pan tutaj — przerwał Almayer. — Wiele mi z tego przyjdzie. Gdyby pan znalazł się tu przed miesiącem, byłoby się to na coś przydało. Ale teraz!... Mógłby pan sobie być o tysiąc mil. — Wymyślasz jak pijana przekupka — rzekł Lingard pogodnie. Wstał z krzesła i podszedł zwolna ku barjerze werandy. Podłoga zatrzęsła się, cały dom zadrżał pod ciężkim jego krokiem. Przez chwilę stał tyłem do Almayera, rozglądając się po rzece i lesie na wschodniem wybrzeżu, potem odwrócił się i spojrzał łagodnie na Almayera. — Bardzo tu pusto dziś rano. Co? Almayer podniósł głowę. — Aha! spostrzegł pan to, doprawdy? Ja myślę że tu jest pusto! Tak, kapitanie Lingard, pana czas w Sambirze już minął. Zaledwie przed miesiącem ta weranda byłaby pełna ludzi przybywających aby pana powitać. Wchodziliby na te schody, szczerząc zęby i bijąc pokłony — i panu i mnie. Ale nasz czas już minął. I nie z mojej winy. Tego pan powiedzieć nie może. To ten łotr, ten pana gagatek tak się spisał. Udał się panu! Szkoda że go pan nie widział na czele tego psiakrew tłumu. Byłby pan dumny ze swego dawnego faworyta. — Zdolny szelma — mruknął Lingard w zamyśleniu. Almayer zerwał się z okrzykiem. — I to wszystko co pan ma do powiedzenia! Zdolny! O Chryste Panie! — Nie rób z siebie błazna. Siadaj. Porozmawiajmy spokojnie. Chcę się o wszystkiem dowiedzieć. Więc to on nimi kierował? — Był duszą tego wszystkiego. Wprowadził na rzekę statek Abdulli. Trzymał w ręku wszystko i wszystkim rozkazywał — rzekł Almayer, który usiadł znów z miną zrezygnowaną. — Kiedy się to stało — dokładnie? — Szesnastego doszły mnie pierwsze słuchy że okręt Abdulli jest na rzece; z początku nie chciałem wierzyć. Nazajutrz już wątpić nie mogłem. U Lakamby odbywała się jawnie wielka narada, w której brali udział prawie wszyscy ludzie z Sambiru. Osiemnastego Pan wysp był zakotwiczony w obrębie osady, naprzeciw mego domu. Zaraz, zaraz... Dziś upływa akurat sześć tygodni. — I wszystko to stało się ot tak poprostu? Ni stąd ni zowąd? Nic przedtem nie słyszałeś — żadnego ostrzeżenia. Nic? Nie miałeś pojęcia że coś się dzieje? Et, mój drogi! — Słyszeć, no tak, słyszałem coś nie coś, i to codzień. Przeważnie kłamstwa. Czy tu się słyszy co innego w Sambirze? — Mogłeś kłamstwom nie wierzyć — zauważył Lingard. — Nie powinieneś był wierzyć wszystkiemu co ci opowiadano, nie jesteś żółtodzióbem, który pierwszy raz puścił się w świat. Almayer poruszył się niespokojnie na krześle i powiedział: — Ten łajdak przyszedł tu raz. Nie było go przez parę miesięcy, mieszkał z tą kobietą. Słyszałem tylko o nim czasami od ludzi Patalola, kiedy tu przychodzili. No i pewnego dnia, koło południa, ukazał się na tym dziedzińcu, jakby go wyrzucono z piekła, gdzie jest jego miejsce. Lingard wyjął z ust cygaro i słuchał uważnie; usta miał pełne białego dymu, który wydostawał się przez rozchylone wargi. Po krótkiej chwili Almayer mówił dalej, patrząc chmurnie w podłogę. — Muszę przyznać że wyglądał okropnie. Pewno miał porządny atak malarji. Lewy brzeg jest bardzo niezdrowy. To dziwne że tylko szerokość rzeki... Zapadł w głęboką zadumę, jakby zapomniał o swych krzywdach, rozpamiętując gorzko złe zdrowotne warunki w dziewiczym lesie na tamtym brzegu. Lingard skorzystał ze sposobności aby wydmuchnąć potężny kłąb dymu i cisnął przez ramię niedopałek cygara. — Dalej — rzekł po chwili. — Więc przyszedł do ciebie... — Ale niestety tamten fatalny klimat nie dał mu rady! — ciągnął Almayer, ocknąwszy się — i, jak mówiłem, łajdak zjawił się tu z niesłychaną bezczelnością. Straszył mnie, rzucał mętne pogróżki. Chciał mię przerazić, chciał mię szantażować. Mnie! I — słowo daję! — mówił że panby go poparł. Pan! Czy można sobie wyobrazić podobną bezczelność? Nie rozumiałem dobrze do czego on zmierza. Gdybym był zrozumiał, byłbym mu dogodził. O tak! dostałby w łeb jak się patrzy. Ale skąd mogłem zgadnąć że on potrafi wprowadzić statek na rzekę? Pan zawsze mówił że wejście jest takie trudne. A w gruncie rzeczy było to jedyne niebezpieczeństwo. Z każdym innym kupcem mogłem dać sobie radę, lecz kiedy przybył Abdulla... Ten jego bark jest uzbrojony. Ma dwanaście mosiężnych sześciofuntowych armatek i około trzydziestu ludzi. To dryblasy gotowe na wszystko. Sumatryjczycy z Delli i Acheen. Biją się przez cały dzień, a wieczorem proszą o jeszcze. Ten rodzaj ludzi. — Wiem, wiem — rzekł niecierpliwie Lingard. — Więc naturalnie poczynali sobie z bezczelnością wprost niemożliwą, kiedy statek zakotwiczył się naprzeciw naszego pomostu. Sam Willems wprowadził go na najlepsze leże. Widziałem z werandy jak stał na dziobie razem z szyprem metysem. Ta kobieta była tam również. Tuż przy nim. Podobno zabrali ją na pokład z posiadłości Lakamby, bo Willems powiedział że bez niej nie pojedzie. Szalał i wściekał się. Pewno ich zastraszył. Musiał się w to wdać Abdulla. Przyjechała sama czółnem i jak tylko znalazła się na pokładzie, upadła Willemsowi do nóg wobec całej załogi, objęła jego kolana, płakała, mówiła od rzeczy, błagała go o przebaczenie. Ciekaw jestem dlaczego? Wszyscy gadają o tem w Sambirze. Nigdy nic podobnego nie widzieli i nie słyszeli. Mówił mi o tem wszystkiem Ali, który chodzi po osadzie i przynosi mi wiadomości. Powinienem przecież wiedzieć co się dzieje — prawda? O ile mogłem zrozumieć, wszyscy ich uważają — jego i tę kobietę — za coś tajemniczego, niepojętego. Niektórzy mają ich za obłąkanych. Mieszkają oboje ze starą kobietą za kampongiem Lakamby i są otoczeni wielkim szacunkiem — a raczej lękiem. Przynajmniej on. Bardzo jest gwałtowny. Ona nie zna nikogo, nie widuje nikogo, nie chce mówić do nikogo poza nim. Nie opuszcza go nigdy ani na chwilę. Wszyscy o nich gadają. Słyszałem także inne pogłoski. Z tego co mówią, przypuszczam, że ten łajdak znudził się już Lakambie i Abdulli. Opowiadają że odjedzie na Panu Wysp, kiedy statek wyruszy stąd na południe; że będzie czemś w rodzaju agenta Abdulli. W każdym razie Willems musi statek wyprowadzić. Metys tego jeszcze nie potrafi. Lingard, który dotąd słuchał z uwagą, zaczął teraz chodzić miarowo po werandzie. Almayer zamilkł i wodził oczami za starym marynarzem, który spacerował tam i napowrót rozkołysanym krokiem jak po pokładzie, szarpiąc i kręcąc długą, białą brodę; twarz miał skłopotaną i zamyśloną. — Więc najpierw przyszedł do ciebie, co? — spytał Lingard, nie przestając chodzić. — Tak. Mówiłem panu. Przyszedł, przyszedł. Żeby wyłudzić pieniądze, towary — i czy ja wiem co. Chciał założyć handel — świnia! Kopnąłem jego kapelusz ze schodów, i wyniósł się za nim, i potem już go nie widziałem, póki się nie pokazał z Abdullą. Skądże miałem wiedzieć że on może taką szkodę wyrządzić — że wogóle może nam szkodzić. Każdą miejscową ruchawkę mogłem łatwo stłumić własnymi ludźmi przy pomocy Patalola. — Ach tak! Patalolo. On jest do niczego, co? Czy się wogóle do niego zwracałeś? — Ma się rozumieć! — wykrzyknął Almayer. — Poszedłem do niego dwunastego. To było na cztery dni przed wejściem Abdulli na rzekę. Tak, tego dnia kiedy Willems chciał mnie naciągnąć; czułem się potem trochę nieswojo. Patalolo zapewnił mię, że nie ma człowieka w Sambirze, któryby mnie nie kochał. Wyglądał mądrze jak sowa. Mówił mi żeby nie słuchać kłamstw złych ludzi z dołu rzeki. Miał na myśli tego Bulangiego, który mieszka niedaleko ujścia; to właśnie on mi przysłał wiadomość że obcy statek jest zakotwiczony na morzu; powtórzyłem to oczywiście Patalolowi. Nie chciał wierzyć. Mruczał wciąż: „Nie! Nie! Nie!“ jak stara papuga; głowa mu się trzęsła i cały był umazany sokiem z betelu. Pomyślałem odrazu że dzieje się z nim coś szczególnego. Wydał mi się jakiś taki niespokojny, jakby się chciał mnie pozbyć. No więc następnego dnia ten jednooki złoczyńca co to mieszka u Lakamby — jak mu tam — Babalaczi, zjawił się tu we własnej osobie. Przyszedł koło południa, niby przypadkiem, i stał na werandzie, gawędząc o tem i owem. Pytał kiedy się pana spodziewam i tak dalej. Potem rzekł mimochodem, że bardzo im się naprzykrzył — Babalacziemu i jego panu — okrutny biały człowiek, mój przyjaciel, który włóczy się za tą kobietą, córką Omara. Pytał mnie o radę. Był pełen szacunku i zachowywał się bardzo przyzwoicie. Powiedziałem mu że ten biały nie jest moim przyjacielem, i że najlepiej wziąć go za kark i wyrzucić. Na to odszedł wśród salaamów, zapewniając o swej przyjaźni i życzliwości swego pana. Teraz naturalnie już wiem że ten czarny djabeł przyszedł na przeszpiegi i odmówił kilku moich ludzi. W każdym razie brakowało mi trzech przy wieczornej zbiórce. To mnie zaniepokoiło. Nie śmiałem zostawić domu bez straży, pan przecież wie jaka jest moja żona. A że nie chciałem brać z sobą dziecka — godzina była późna — więc posłałem gońca do Patalola z tem że powinniśmy się naradzić, że obiegają różne pogłoski i że w osadzie jest niepokój. Wie pan jaką dostałem odpowiedź? Lingard przystanął nagle przed Almayerem, który po efektownej pauzie mówił dalej z coraz większem ożywieniem: — Przyniósł ją Ali: „Radża śle przyjazne pozdrowienie i listu nie rozumie“. To było wszystko. Ali nie mógł z niego wydobyć ani słowa więcej. Widziałem że Ali porządnie jest nastraszony. Przygotował mi hamak i kręcił się po werandzie. Przed samem odejściem wspomniał, że w posiadłości radży brama od strony rzeki jest mocno zaryglowana, a na dziedzińcu widział bardzo niewielu ludzi. Wreszcie rzekł: „W domu naszego radży jest ciemno ale niema tam snu. Tylko mrok, i strach, i zawodzenie kobiet“. Przyjemne, co? Poczułem że zimny dreszcz zbiega mi po grzbiecie. Ali wysunął się a ja stałem tu, przy tym stole, i słuchałem krzyków i bębnienia w osadzie. Hałasowali jak najęci. Było wtedy trochę po północy. Almayer przerwał znów opowiadanie i zacisnął usta, jakby nie miał już nic do powiedzenia, a Lingard stał, wpatrzony w niego, zadumany i milczący. Wielka błękitna mucha wleciała zuchwale na chłodną werandę i wpadła z głośnym brzękiem między obu mężczyzn. Lingard zamierzył się na nią kapeluszem. Mucha poleciała w bok i Almayer uchylił przed nią głowy. Potem Lingard machnął znów kapeluszem bez skutku, Almayer zaś porwał się i zaczął wywijać rękami. Mucha brzęczała rozpaczliwie; drganie maluchnych skrzydełek dźwięczało wśród spokoju wczesnego ranka, jak daleka smyczkowa orkiestra towarzysząca głuchemu, energicznemu tupaniu obu mężczyzn. Zawzięli się na natręta; to zadzierali głowy, wywijając ramionami wysoko, to znów schylali się z wściekłym rozpędem. Lecz brzęczenie zamarło nagle w cieniutkim trylu wśród otwartej przestrzeni dziedzińca, zostawiając Lingarda i Almayera twarzą w twarz w chłodnej ciszy poranka; stali obaj bezczynnie z opuszczonemi ramionami, jakby skłopotani i zniechęceni złowróżbną przegraną. — Widzicie ją! — mruknął Lingard. — A jednak uciekła. — To nieznośne — rzekł Almayer takim samym tonem. — Pełno ich na wybrzeżu. Ten dom jest źle położony... moskity... te wielkie muchy... zeszłego tygodnia jedna ugryzła Ninę... dziecko chorowało cztery dni... biedactwo... Chciałbym wiedzieć na co te paskudztwa są stworzone!
Było sobie pół cygańskie, pół żydowskie dziecko. Poszło do mamy żydówki i się pyta: - Jestem bardziej żydem, czy bardziej cyganem? - Oczywiście że bardziej żydem! Jakoś za bardzo nie uwierzyło mamie i poszło do ojca cygana. - Tato, jestem bardziej żydem, czy bardziej cyganem? - Oczywiście że bardziej cyganem!
Decyzja Mao Zedonga, by w 1958 roku rozpocząć masową eksterminację wróbli przyczyniła się do jednej z największych katastrof ekologicznych w historii. Wszystko zaczęło się od tego, że zdaniem chińskiego przywódcy, ptaki jadły zbyt wiele ziarna, co miało skutkować spowolnionym rozwojem gospodarczym. Postanowił więc całkowicie się ich pozbyć. Komunistyczny wódz stwierdził, że jego kraj spokojnie poradzi sobie bez kilku gatunków zwierząt. W 1958 roku zainaugurował wiec Kampanię Czterech Zwierząt. Jej celem było całkowite wyniszczenie populacji szczurów, much, komarów i wróbli. W przypadku tych ostatnich, działania Chińczyków okazały się jednak tragiczne w skutkach. Do walki z wróblami zaangażowany został cały naród. Chińczycy za pomocą dźwięku bębnów odstraszali ptaki, by te nie lądowały. Wyczerpane wróble zmuszone były więc do latania do czasu, aż padały z wyczerpania. Do tego dochodził odstrzał i dobijanie ręcznie ptaków, które spadały na ziemię. W rezultacie ilość wróbli w Chinach w ciągu kilku lat drastycznie zmalała. Choć nie ma na ten temat dokładnych danych, naukowcy szacują, że w ten sposób zabitych zostało kilkaset tysięcy zwierząt. Mao Zedong nie przewidział jednak konsekwencji takiego działania. Nie wziął bowiem pod uwagę, że wróble to naturalni wrogowie szarańczy oraz innych owadów. Gdy zabrakło ptaków, szarańcze zaczęły się mnożyć w niekontrolowany sposób, niszcząc uprawy. To z kolei doprowadziło do plagi głodu. Z oficjalnych danych podawanych przez chińskie władze wynika, że z powodu niedożywienia życie straciło 15 milionów osób. Niektórzy naukowcy twierdzą jednak, że liczba ta była znacznie wyższa i mogła dochodzić nawet do 45 czy 78 milionów. Przez kilkadziesiąt lat Wielki Głód był tematem tabu. Z relacji z tamtego okresu wynika, że wśród wygłodzonych Chińczyków zdarzały się przypadki kanibalizmu. Z czasem Mao Zedong zauważył, jak szkodliwą i pochopną decyzję podjął i usunął z Kampanii Czterech Zwierząt wróble, zastępując je pluskwami domowymi. Wcześniejsza decyzja zdążyła już jednak zebrać krwawe żniwo.
.